owm 2019 hires-237 (3)

Warsaw Marathon 2019

     Od czego by tu zacząć? Tyle emocji, zwrotów akcji, pozytywnych i negatywnych komentarzy, zwycięstw i porażek. Może od końca? Zostałem Mistrzem Polski w maratonie! Dziękuję i dobranoc. Koniec 🙂 Gdyby to było takie proste to świat byłby lepszym miejscem, wszyscy byliby szczęśliwi i bogaci. To może jednak zacznę od początku, bo wiem, że jest dość spora grupa osób, która czeka na ten wpis.

     Początek chciałbym zacząć od krótkiego opisu przygotowań do tego maratonu. Nie były idealne, mogły być lepsze, zostaje pewien niedosyt, bo jestem perfekcjonistą i chciałbym robić wiele rzeczy lepiej, efektywniej, jednak z tym budżetem, którym dysponuję staram się wyciskać jak najwięcej, do ostatniej kropli. Do pełnego zadowolenia z przepracowanego cyklu przygotowań zabrakło mi jednego 3 tygodniowego mezocyklu, a wszystko przez chorobę, która wyłączyła mnie z treningu na cały tydzień w BPS-ie. Przez tydzień chorowałem, potem tydzień do siebie dochodziłem, a rzecz miała miejsce na 8 tygodni do docelowego startu. Te komplikacje spowodowały, że trzeba było się śpieszyć z treningiem i trochę ryzykować, a uwierzcie mi, że maraton nie lubi pośpiechu, ani ryzyka. Przez taki obrót spraw trenowało mi się bardzo mocno w kratkę, mam na myśli, że miałem okresy dobrego samopoczucia przeplatanego dużym zmęczeniem i zniechęceniem. Zdarzyło się też do jednego treningu tempowego nie podejść, a 2 mocnych jednostek nie ukończyć i zdjąć buty. Są to trudne sytuacje, ponieważ potrzeba doświadczenia i wyczucia, kiedy możesz sobie pozwolić odpuścić, a kiedy trzeba zacisnąć zęby i męczyć wait for it “konia” 🙂 W idealnym świecie byłbym na 2 zgrupowaniach po 5-6 tygodni w wysokich górach przeplatanym jednym zgrupowaniem w Hiszpanii na mocne akcenty tempowe z pełnym zabezpieczeniem odnowy biologicznej. Jaka była rzeczywistość? Posłuchajcie.

     Do początku lutego trenowałem w mroźnej Polsce, a w weekendy realizowałem dodatkowo swoje autorskie szkolenia #chabowskiathletictrainingsystem. Kto w tym okresie trenował, to wie jaka pogoda była w styczniu i z jakimi zimnymi porywistymi wiatrami trzeba było się zmagać. Wykonywałem głównie jednostki w przemianach tlenowych i mieszanych pod progiem, były to głównie biegi steady run, zabawy biegowe oraz dużo siły. Z powodu temperatury i wiatru było mi ciężko rozwinąć wyższe prędkości, więc trenowałem głównie do prędkości 3:20/km. Na początku lutego wyleciałem do Hiszpanii na zgrupowanie do Grant Alcant, gdzie przez 5 tygodni wynajmowałem sam apartament, wynająłem auto i cała logistyka była na mojej głowie. Koszt tego zgrupowania zamknąłem w kwocie około 8 tys zł. Przyleciałem, potrenowałem 2 dni i co? I klops, dopadło mnie zapalenie oskrzeli i przez 5 dni nie wyszedłem z apartamentu. Gorączka, kaszel taki, że myślałem, iż wypluję własną krtań, następnie tona flegmy w zatokach. O antybiotyku nie mogło być mowy, jeżeli marzyłem o dobrym występie w Warszawie. Po 5 dniach wolnego zacząłem truchtać osłabiony, a było tak słabo, że co chwile zatrzymywałem się na atak kaszlu i odruchy wymiotne by wydzielać z siebie przez gardło flegmę. I tak oto zmuszony byłem trochę trenować na siłę, bo czas naglił, bo trzeba wchodzić w prędkości startowe, bo połówka w Gdyni zakontraktowana, bo maraton itp. Powiedziałem sobie, że to ostatni dzwonek na mocny trening i jak mi jeszcze coś wypadnie po drodze, to będę musiał zrezygnować z maratonu, a byłem tej decyzji bardzo bliski.

     Kolejna sprawa to inna periodyzacja treningu. Nie mogłem zastosować klasycznej metody periodyzacji nieliniowej, którą zazwyczaj stosuję,  a musiałem podejść typowo liniowo i zafundowałem sobie 4.5 tygodnia ciągłej młucki treningowej praktycznie do samego startu w Gdyni. Momentami było ciężko, bo w Hiszpanii miałem mocno ograniczony dostęp do fizjo, który oddalony był ode mnie o 45km. Wiele treningu zrobiłem na zmęczeniu mięśniowym, przez 2 tygodnie kaszlałem, niedzielne long runy często męczyłem niemiłosiernie na zbombionych nogach po treningach tempowych. Oj dużo cierpienia miałem w tej Hiszpanii, z jednej strony walka z wiatrem na tempach, z drugiej adaptacja do prędkości i przyzwyczajanie organizmu do akumulacji kwasu mlekowego. Jednostki tempowe jakie udało się wykonać w Hiszpanii to: 12x1km, 6x2km, 4x3km, 10km Tempo Run, 2x10x500m, 2x6km. Podziękowania dla Pawła Ochala, że jak tylko był też na treningu z Olgą to pomógł pod wiatr na rowerze przeżyć szybki odcinek. Wróciłem do domu 10 marca na tydzień do półmaratonu w Gdyni i byłem zmęczony. Musiałem podjąć trudną decyzję, czy odpuścić i luzować do startu, czy jednak dalej ciągnąć robotę, wiedząc, że przez choróbsko trochę pracy uciekło. Postanowiłem realizować drugi scenariusz i dalej ciągnąć trening, a wyglądało to następująco:

9.03 Long run 31k under 3:30 – ostatni 1km 2:50

10.03 Podróż wolne

11.03 I Easy 10km+spr+10×300 BPG+2km TR II Easy 10km+spr

12.03 I Easy 4km+12x1km 2:55-2:57 rest 2’+2km TR II Easy 10km+spr

13.03 Long run 25km – avg 3:33/km

14.03 I Easy 10km+spr II Easy 10km+spr

15.03 Easy 10km+10×100 RTM

16.03 Easy 6km+5×100 RTM

17.03 Start 21k

     Efekt tego mikrocyklu był taki, że na biegu po 6km miałem dość wszystkiego, bo nogi miałem jak beton. Przed startem wyznaczyłem sobie cel 63:30-63:20, ale tego dnia nawet to było dla mnie za dużo. Oddechowo leciało się dobrze, ale miałem niemoc w nogach. Od 18km leciałem już, aby tylko dobiec i prawdę powiedziawszy odpuściłem trochę, żeby nie dowalać organizmu. Nie miało dla mnie znaczenia, czy wynik na mecie pokaże 63:50, czy 64:15, bo miejsce i tak miałbym to samo. Myślami byłem już dalej przy maratonie. Nie da się być w gazie cały czas i czasami trzeba poświęcić jeden bieg kosztem drugiego. Gdybym nie choroba, pewnie półmaraton w Gdyni potraktowałbym inaczej, bo nikt nie lubi biegać poniżej swojego poziomu.

     Po półmaratonie zostały równo 4 tygodnie do startu w maratonie. Dla mnie to jeszcze jeden mezocykl treningowy i łapanie luzu, czyli tapering (jak ja nie lubię tego zwrotu). Już w środę, czyli 3 dni po połówce biegałem trening tempowy 1km/1km – 16km, a w piątek 35k po 3:21/km. Ostatni etap przygotowań jest trudny, bo nie można przedobrzyć z treningiem, a z drugiej strony nie można też za wiele “wypuścić” z treningu. Ja osobiście w tych ciężkich dla mnie przygotowaniach zacząłem łapać luz na 8 dni do startu, a ostatni trening tempowy wykonałem w piątek na 9 dni do godziny zero. Jeszcze w piątek na 2 dni do biegu miałem jakieś takie ciężkie nogi, co często zresztą jest dobrą oznaką przed startem.

     W Warszawie pojawiłem się w czwartek. Musiałem wcześnie rano wstać o 4:45, aby zdążyć na konferencję prasową, która zaplanowana była na 11:00. Sama konferencja szczerze powiedziawszy bez fajerwerków, każdy z zaproszonych zawodników dostał dwa krótkie pytania i tyle. Znacznie bardziej ciekawie było po konferencji, kiedy można było udzielić bardziej treściwych wypowiedzi dla portali branżowych. Bezpośrednio po media day wybrałem się na trening do Warszawskich Łazienek Królewskich i tak mi zleciał czwartek.

     Piątek także jeden trening, lekkie jedzenie i dzień bez historii. Sobota to poranny rozruch, dalej leżenie i odprawa techniczna przed biegiem. Przygotowywanie stroju startowego, plecaka na wyjazd oraz butelek na punkty odżywcze, bo w dzień biegu trzeba było wstać o 5:00, aby znieść przygotowany izotonik do przewozu na punkty odżywcze, a śniadanie zaplanowałem sobie na 5:30. Następnie zbiórka w lobby hotelowym przed 7:00 i wyjazd autobusem miejskim na narodowy. Na miejscu byliśmy o 7:30, a 8:10 rozpocząłem swoją rozgrzewkę przed startem maratonu.

     Był lekki stresik przed, bo to jednak maraton, a nie jakiś spacer, a dodatkowo zadaniem było pobiec solidny wynik 2:11:00. Stojąc na starcie wiedziałem, że lekko nie będzie przez ten cholerny wiatr i dwa mocne podbiegi na trasie, ale powiedziałem sobie też w głowie, że “jak nie ja to kto” 🙂 Dla mnie osobiście największym zmartwieniem przed maratonem jest zawsze uniknąć problemów jelitowo – żołądkowych i kolek. Jak na trasie nie mam takich problemów to zazwyczaj jest dobrze.

     Krótka prezentacja faworytów, w której miałem przyjemność uczestniczyć, przybijanie żółwików z kolegami na linii startu, odsłuchanie Polskiego Hymnu i 3,2,1 START. Pacemaker miał w kontrakcie, aby przebiec 30km z opcją do 32km w tempie 3:06-3:05/km, a połówkę mieliśmy minąć w 65:30, czyli na wynik 2:11-2:11:30. Pierwsza piątka pod wiatr i jest dobrze, biegniemy równo i mijamy znacznik w czasie 15:28. Po chwili zaliczamy nawrót i zając zaczyna wariować! Kilometry naparza po 3:00, a to jest naprawdę duża różnica i posłużę się tutać porównaniem: to tak jakbyś przez pierwsze 5km jechał ekonomicznie na 2000 obrotów i spalał 7l/100km i raptem docisnął pedał gazu do 3000 obrotów i ciągnął z baku 10l/100km. Zając prowadzi, Gardziel biegnie za nim i wygląda świetnie, bardzo luźno, więc się nie odzywam, bo widzę, że kolega wygląda, jakby robił rozbieganie. Myślę sobie, że może będzie dobrze, w końcu czuję się nawet całkiem nieźle. 10km mijamy z czasem 30:32, czyli kolejną piątkę przebiegliśmy w 15:04, co moim zdaniem jest głupotą, ale nie miałem wyjścia, bo za nami już nikogo nie było. Z perspektywy czasu mam trochę za złe Arkowi, że nawet słowem się nie odezwał do zająca żeby zwolnił, ale jak sam mówił po biegu, że w tym momencie biegu czuł się niesamowicie lekko. Biegniemy dalej i kolejne 2km przebiegamy w 6:02 i ja już powoli zaczynam mieć problemy z tym tempem. Biegnę trochę zły, ale staram się kleić, bo w pewnym momencie puszczałem kolegów na 3-4m. Mijamy 15km i na zegarze 45:53, co daje kolejną piątkę w 15:21, czyli dalej szybko i mocno. W tym momencie biegnie mi się bardzo dobrze oddechowo, choć nogi odczuły szybką dychę między 5 a 15km. Do 19km trzymamy tempo 3:03-3:04/km i dobiegamy do pierwszego ciężkiego podbiegu na trasie i tam zaliczamy kilometr w 3:18, czyli na samym jednym kilometrze tracimy aż 15s. W tym momencie z grupy odpada Arkadiusz Gardzielewski, tak nagle gaśnie, co nie ukrywam mnie zdziwiło bo do 18km wyglądał, jakby miał pobiec 2:10 w tym biegu z uśmiechem na ustach, sam nie wiem, co się tam wydarzyło i ciekawi mnie jego ocena sytuacji.

Dobiegam do połówki z czasem 1:04:36, czyli o wiele za szybko. Zostałem sam z zajęcem, ale czułem się bardzo dobrze oddechowo i nawet całkiem nieźle mięśniowo. Trzymaliśmy tempo 3:03-3:04/km do 25km i potem się zaczęły schody. Skręciliśmy w teren pod wiatr i mój pacemaker osłabł, a 26km przebiegliśmy w 3:12 po czym zszedł z trasy. Zaczęła się dla mnie droga przez mękę. Było mocno pod wiatr i zostałem sam na trasie, kolejne kilometry przebiegłem 3:06 i 3:08, ale wysiłek jaki musiałem w to włożyć pod wiatr był ogromny. Zacząłem spłacać dług za zbyt szybki początek oraz samotną walkę z wiatrem. Kolejne kilometry mnie dobiły psychicznie, bo przebiegłem je w 3:17, 3:12, 3:14, 3:12 i podbieg pod ulicę Tamka w całe 3:25. Cierpiałem zarówno fizycznie jak i psychicznie, bo mój wynik i minimum na IO się oddalały, a wszystko przez nieprawidłowo prowadzony bieg i samotną walkę z wiatrem od 25km do 33km. Po Tamce wiał wiatr boczny i momentami było z wiatrem na Krakowskim przedmieściu i tam się starałem wrócić do lepszego tempa. Zanotowałem kolejne kilometry w czasie 3:12, 3:08, 3:09, 3:11 i na 37km wbiegłem znowu pod czołowy wiatr w kierunku stadionu narodowego.

     W tym momencie walka o wynik się dla mnie skończyła, a zaczęła się walka o przetrwanie i zdobycie tytułu MP. Wiedziałem, że do minimum zabraknie, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Ja musiałem biec sam od 25km walcząc mocno z wiatrem, a moi rywale za mną biegli w grupie wzajemnie się napędzając i bez takiego ryzyka, które musiałem podjąć. Zaczęli spokojniej i bezpieczniej i zaczęli się do mnie zbliżać. 38km mijam w 3:19, myślę sobie “masakra”, tak biegam longi w Wejherowie. 39km pokonuję w 3:22 i wygięty od wiatru. Nogi mnie pieką, czwórki mam już zmasakrowane. 40km w 3:20, a wiem to tylko z odczytów z zegarka po maratonie, bo już nawet nie kontaktowałem, aby patrzeć na międzyczasy w trakcie biegu. Liczyło się tylko to, aby zachować kadencję biegu i przesuwać się względnie w przód. 41km 3:24, a było płasko, więc praktycznie tyle ile wbiegałem na Tamkę 🙂 Sztywne całe ciało, nogi mi się uginają przez zniszczone czworogłowe uda, ale walczę o utrzymanie pozycji i prędkości, bo widzę kątem oka kolorowe koszulki za mną, a szczerze to wolałbym w tej sytuacji widzieć pustą ulicę 🙂 Ostatnie 500m biegu zapamiętam na długo, nie wiem, czy kiedykolwiek się tak czułem. Dosłownie z sekundy na sekundę traciłem kontrolę nad ciałem, a w głowie miałem tylko jedno słowo “musisz”, no dobra może dwa słowa “kur..musisz”. Na 200m do mety się potknąłem o własne nogi i wyglądało to tak, jakbym miał się wywrócić. Znacie to uczucie jak na finiszu sprinterskim ostatnie 20-30m uginają się Wam nogi i ledwo wpadacie na metę po czym tracicie równowagę i upadacie? To wydaję mi się, że taki stan miałem na ostatnich 400m do mety i to była dla mnie wieczność. Wbiegając na metę nie wiedziałem do końca jaki wynik pobiegłem, wiedziałem tylko, że nie jest to minimum. Nie wiedzieć czemu poczułem ulgę, że wygrałem chociaż te Mistrzostwa Polski i nie przegrałem z innym Polakiem.

     Na mecie miałem zmasakrowane nogi, a pisząc dosłownie same czworogłowe. Łydki i dwójki były w zadowalającym stanie, ale czwórki całkiem mi wyłączyło i przez godzinę po biegu ledwo chodziłem. Sam nie wiem, jak ocenić swoje uczucia bezpośrednio po starcie. Byłem zmęczony i miałem w sobie taką pustkę, bo z jednej strony czułem ulgę, że to już po, a z drugiej smutek, że nie mam tego minimum i dalej będzie mnie to męczyć w kolejnych miesiącach. Medal mnie mało cieszył, a bardziej była to jak wspomniałem wyżej ulga z potwierdzenia swojej dominacji w Polsce. Przyznam szczerze, że stałe udowadnianie przez tyle lat swojej dominacji nad rywalami jest naprawdę męczące. Psychicznie i fizycznie, bo z perspektywy zawodnika wygląda to tak, że jak wygram to przecież to normalne, tak miało być, a jak przegram to są hasła, że chyba w końcu Chabowski się skończył hehe. Choć muszę przyznać, że im starszy jestem, tym więcej czerpię z taktyki Rogera Federera, który mawia ” jak wygrywam to czytam o sobie, a jak przegrywam to nie czytam” 🙂

     Kończąc mój wywód na temat maratonu to słowem podsumowania muszę stwierdzić, że na tą trasę, pogodę i scenariusz biegu to pobiegłem solidnie. Nie słabo, ale też nie superancko. W wywiadach przed startowych wspominałem, że może nie jestem w życiowej formie, ale jestem solidnie przygotowany. Myślę, że gdyby okoliczności na trasie potoczyły się inaczej, to stać mnie było na wynik w granicach 2:11:15-2:12:00. Cieszę się, że od 17 miesięcy nie mam kontuzji, trenuję, a nawet mam aspirację na kolejne życiówki. Po krótkim wypoczynku będzie czas na to, aby się odmulić i nabrać większych prędkości, żeby powalczyć o wyniki w półmaratonie i na 10km. Chciałbym także podziękować swoim partnerom za pomoc w przygotowaniach do sezonu: Firmie TORK POLSKA za wsparcie w finansowaniu odnowy biologicznej, Skoda Plichta za najlepszy komfort w moich podróżach skodziną oraz Factory MED za profesjonalną opiekę fizjoterapęutyczną. Na sam koniec nie mogę nie wspomnieć o WAS. Bardzo dziękuję wszystkim za doping na trasie i za wiele miłych komentarzy po biegu. To naprawdę jest ogromne mentalne wsparcie z waszej strony, żebym się jeszcze nie poddawał i dalej walczył o wysokie cele. Cieszę się też, że sam jestem dla WAS inspiracją i mogę być dla wielu motorem napędowym do podjęcia walki o swoje marzenia i realizację własnych celów.

Do następnego. Piona

PS.

Damianku dziękuję za to, że byłeś moim service manem i dbałeś o mnie na całej trasie. Lepszego nie mogłem mieć 🙂

        

58b97660-c85d-4f13-8511-2f10779e5397

Zgrupowanie Santa Pola

     Trzeci rok z rzędu postanowiłem uciec od polskiej zimy do Hiszpanii i trzeci raz pada na ten sam region, choć inną miejscowość. Pierwotnie chciałem umiejscowić się w Murcji, jednak brak dostępnych apartamentów spowodował, że padło na Santa Pola, gdzie trenowałem przez ostatnie 5 tygodni. Rok temu byłem w Torravieja, która jest oddalona od Santa Poli o około 35km, ale szczegółowa analiza na google maps zadecydowała, że w tym roku wybór padł na inne miejsce treningowe.

     Jak wspomniałem powyżej to mój trzeci rok z rzędu w Hiszpanii, więc miałem już pewne doświadczenia z lat ubiegłych. Szczerze to nie jest łatwo znaleźć przyzwoity apartament w dobrej cenie, gdzie nie będzie zajeżdżało wilgocią lub nie będzie grzyba na ścianie. Tutaj mieszkania nie mają centralnego ogrzewania, a klimatyzacje pewnie w 90% są zasyfione i nie czyszczone regularnie. Czy to w moim apartamencie, czy w apartamencie znajomych – zawsze i wszędzie po odpaleniu klimy w celu ogrzania mieszkania czuć było nieprzyjemny zapach. Noce są zimne, trzeba grzać, więc pozostaje farelka, grzejnik elektryczny, bądź jak w moim przypadku kominek gazowy. Sprawdził się naprawdę dobrze, grzałem nim codziennie, unikałem klimy, choć muszę przyznać, że mieszkanie nie było tanie. Spokojnie mogłem znaleźć coś o “tauzena” taniej, choć nauczony poprzednimi latami uznałem, że nie warto oszczędzać akurat na tym aspekcie. Ważna dla mnie była też lokalizacja, aby było w miarę blisko do szutrowych ścieżek w celu unikania nadmiernego kilometrażu na asfalcie. Większość treningu staram się biegać w lesie lub szutrze, na asfalt wybieram się tylko na treningi tempowe, bądź szybsze long runy.

     Zgrupowanie zaczęło się dla mnie mało pomyślnie. Przyleciałem do Hiszpani w środę, aby już w piątek mocno się rozchorować. Po konsultacji online z doktorkiem wyszło wstępnie, że to zapalenie oskrzeli. Umierałem bite 5 dni, jednak udało się uniknąć antybiotyku. Nie mniej jednak męczyłem się z zatokami i flegmą w (płucach? oskrzelach?) bite 2 tygodnie. Przeleżałem 5 dni bez żadnej aktywności, potem 2 dni wprowadzałem się w trening będąc, co prawda jeszcze chory. Biegało się przez pierwsze dni treningu wprowadzającego beznadziejnie, co chwile kaszlałem i potrafiłem się zatrzymać mając odruchy wymiotne wydalając z siebie flegmę (straszne uczucie). Najgorzej było zawsze na zakończenie treningu, potrafiłem kaszleć non stop 15-20min i pewnie część z Was doskonale wie, o czym piszę. Czas uciekał, a ja nie miałem czasu na zabawę chcąc pobiec zaplanowany maraton tej wiosny. Trzeba było zacząć realizować porządny BPS, ponieważ przed obozem w Hiszpanii trenowałem raczej średnio. Potrzebowałem zrealizować porządny cykl treningowy nastawiony na duży kilometraż, ale też na dojście do większych prędkości treningowych, ponieważ przed wyjazdem nie zrobiłem ani jednej wytrzymałości tempowej, ani interwału. Bazowałem tylko na biegach ciągłych w przemianach tlenowych i mieszanych oraz na zabawach biegowych.

     Musiałem znowu trochę zaryzykować i po chorobie odpalić program z dużą objętością i intensywnością licząc na to, że mój organizm to jakoś przetrawi. Od razu wszedłem na objętość 200/km na tydzień, realizując w pierwszym tygodniu tylko jeden trening tempowy – 12x1km. Poszło zaskakująco dobrze, bo biegałem naprawdę szybko, ale upatruję w tym tzw. efekt świeżości. Ponad to, miałem w tym tygodniu podbiegi i dwa długie biegi 20k i 30k. Pod koniec drugiego tygodnia utrzymując wysoką objętość doszło do tego, czego się obawiałem – przytkało mnie mięśniowo i efekt świeżości został potwierdzony 🙂 W jeden z piątków miałem zaplanowane 6x2km, ale nie byłem w stanie zrobić nawet normalnie rozgrzewki, więc odpuściłem ten trening. Byłem tak zmęczony, że zamiast tempa zrobiłem na pierwszej jednostce tylko 10k easy, gdzie chciałem zrobić 15k, ale nie dałem rady doczłapać nawet tych 5k więcej. Dwa dni później niedzielny long run też nie wypadł zbyt dobrze. Po 2 tygodniach, gdzie zrobiłem 207k i 195k byłem naprawdę zmęczony.

     Trzeci tydzień BPS-u zacząłem od masażu. Udało się dostać do dość sprawnego masera, co wiązało się z wycieczką na stare śmieci i wyjazdem do Torrevieja. Trochę odżyłem i mogłem podejść do wspomnianych dwójek. Bałem się tego treningu, a na naszej rowerowej prostej 3km znowu hulał wiatr. Trening wypadł nad wyraz dobrze, osiągałem wysokie prędkości i biegało mi się naprawdę dobrze kończąc ostatni odcinek z wiatrem w 5:36 i to nie było w maxa, a powiedziałbym, że na znośnym dyskomforcie. Ten trening trochę mnie podbudował psychicznie, że mimo zmęczenia fizycznego i już powoli mentalnego udało się zrealizować naprawdę mocną sesję. Zacząłem czuć, że organizm się adaptuje i wraca na dobre tory po chorobie.  Drugim specjalistycznym treningiem trzeciego tygodnia były trójki i tutaj już nie było tak zajebiście fajnie jak na dwójkach. Pomiędzy tymi treningami nie próżnowałem i to tempo biegało się ciężko “mięśniowo”. Trening oczywiście zrealizowałem w założeniach z czego byłem usatysfakcjonowany, jednak pod koniec tego trzeciego tygodnia byłem już pisząc potocznie zaorany, a czekał mnie jeszcze na koniec long run, który de facto poszedł słabo i akumulator rozładował się na 25km. Licznik zatrzymał się na 189km.

     Zazwyczaj pieriodyzuję swój trening nieliniowo, tutaj jednak biorąc pod uwagę moją chorobę podjąłem inną decyzję i postanowiłem kolejny już czwarty tydzień utrzymać kilometraż i intensywność. 4 tygodnie ciężkiego treningu to już nie przelewki, dlatego zdecydowałem się na jedno mocne tempo w tym tygodniu, ale z zachowaniem objętości treningu i utrzymaniem minimum jednego akcentu siły specjalnej. Przebiegłem solo 10km tempo run w 30:00, co oczywiście lekkim treningiem nie było. Najgorzej było z wiatrem, gdyby nie duży opór i utrata energii pod wiatr byłoby znacznie łatwiej znieść ten trening. Ma on dla mnie też duże znaczenie psychologiczne, ponieważ ten trening przebiegłem szybciej od wspomnianych trójek, które wykonałem 4 dni wcześniej. Zazwyczaj jest tak, że po 5-6km ma się już dość, a tutaj trzeba zacisnąć zęby i zmęczyć to do końca. Całkiem inaczej biega się tempo run na luzie w nogach, a całkiem inaczej w czwartym tygodniu roboty bez odpuszczania. Nie bez znaczenia jest też tutaj doświadczenie i trenerski nos, czy warto daną jednostkę wykonać w danym momencie i jaki charakter treningu winny mieć następne jednostki treningowe. My wyczynowcy często stąpamy po cienkim lodzie chcąc przesuwać swoje zdolności wysiłkowe zbyt szybko. Trzeba tutaj oprócz wspomnianego doświadczenia także wyczucia swojego organizmu na ile jesteśmy w stanie sobie pozwolić i czy dane ryzyko jest warte jego podjęcia. Nie są to łatwe wybory, a o ich słuszności dowiadujemy się kilka dni później podczas realizacji programu treningowego lub znacznie później, bo podczas pierwszych zawodów. Pewien mądry trener mawiał ?zawodnik przygotowany, ale jeszcze musi pobiec?. W tym powiedzeniu jest wiele prawdy i takiej ?esencji mądrego trenowania?, bo to, że wykonaliśmy mocny trening i czuliśmy się świetnie wcale nie daje nam gwarancji dobrego wyniku na mecie. Ile znamy przykładów i przypadków zawodników, którzy potrafili wykonać koński trening, wydawało by się, że biegali na względnym luzie i nie ponad swoje możliwości, a jednak nie przełożyło się to na finalny rezultat. Ja sam osobiście w swojej karierze byłem przygotowany, a nie pobiegłem 🙂 Także trzeba się trochę nagimnastykować, aby zjeść ciasto i mieć ciastko, cokolwiek to znaczy 🙂 Ostatni tydzień i ostatni trening zgrupowania to long run 31k w pełnym słońcu z planowanym aktywnym zakończeniem. Wyszło dość dobrze, ponieważ przebiegłem to średnio po 3:26/k i skończyłem “klockiem” 2:50 też na względnym komforcie.

     W słowach podsumowania tego wpisu to rozpoczęło się źle, a skończyło chyba dobrze. Wykonałem 4 tygodnie mocnej pracy treningowej, przeżyłem ten trening i obyło się bez urazów. Trening wydaje się iść w dobrą stronę, a jakie będą jego owoce okaże się w pierwszej części sezonu. Na pewne rzeczy nie mam wpływu, inne można zawsze zaplanować lepiej i efektywniej. Przez cały mój pobyt było słonecznie i wietrznie :), obyło się bez deszczu i anomalii pogodowych. Wracam chudszy o 1.5kg, bardziej opalony, mam dłuższe włosy i więcej życiowego i trenerskiego doświadczenia 🙂 Pierwszy sprawdzian formy już 17 marca w Gdyni w półmaratonie. Trzymajcie kciuki.

38451389_444618516023739_8571952667738243072_n

Mistrzostwa Polski-Bieg Św. Dominika 2018 Część II

Na Dominika tradycyjnie pojechałem kolejką SKM, aby nie męczyć się w korkach i szukać miejsca parkingowego w zatłoczonym centrum Gdańska. To tylko godzinka jazdy, gdzie mogę na spokojnie coś poczytać lub posłuchać muzyki. Na miejscu byłem o 15:00, odebrałem numer startowy i znowu tradycyjnie poszedłem zaszyć się do swojej ulubionej “nory”, gdzie mogłem wyciągnąć nogi oraz motywować się do startu. Każdy ma swoje sposoby, mam je także ja. Najważniejsze to wypracować sobie własny sposób przygotowania mentalnego i solidnie przygotować się na trudy rywalizacji. Ważne też znaleźć odpowiednie “zakotwiczenie” i w ciężkich momentach biegu je wykorzystać oraz zmobilizować się do jeszcze większego wysiłku. Oczywiście nie jest to łatwe, niektórzy mają też lepsze predyspozycje i większa odporność psychiczną, nie mniej jednak dużo można wytrenować i do tego WAS jak najbardziej zachęcam.

Równo o 16:20 wyszedłem na rozgrzewkę, ponieważ 17:18 odbywała się prezentacja elity. Po pierwszym kilometrze truchtu nad Gdańskiem przeszło oberwanie chmury. Dosłownie musiałem się schować pod mostem i przeczekać nawałnicę. Wykorzystując ten czas trochę się porozciągałem, przeczekałem i dokończyłem 4km rozgrzewki. Szybka zmiana ciuchów, czyli założenie stroju startowego z numerem 1 na piesi (cóż za wyróżnienie i odpowiedzialność haha), zmiana butów na startowe, butelka wody do ręki i poszedłem na prezentację, gdzie wykonałem jeszcze kilka rytmów dogrzewających. I tutaj pierwszy szok! Mokre płyty na ulicy Długiej i ślisko jak na lodowisku! Robię rytma pod górkę i nie mogę się normalnie wybić, robię drugiego z górki i z każdym krokiem stopa ucieka. Pytam się zawodników, czy tak samo jeżdżą i każdy potwierdza. Drugi szok to wilgotność, człowiek po chwili był już cały mokry, a nawet jeszcze nie zdążył wystartować : ) Pierwsza myśl – stracę swój atut dynamicznego biegania i przyśpieszania na zbiegu, bo się po prostu nie da.

Krótka prezentacja wszystkich zawodników, słyszę wsparcie i doping stałych kibiców jeszcze przed strzałem startera. Start honorowy i krótki dobieg do startu ostrego, podczas którego zawsze robię jeszcze dogrzewającego rytma. W trakcie tej krótkiej przebieżki chciałem przetestować też wychodzenie z zakrętu na mokrej kostce brukowej i prawie zaliczyłem “glebę” – nie dobrze, trzeba będzie zwalniać na każdym zakręcie i uważać. Sędzia ustawia nas na starcie ostrym, pełne skupienie i lekki strach w głowie przed czekającym mnie wysiłkiem. Oddycham głęboko i spokojnie, w myślach mam “Eye of the tiger”, minę jak przed bitwą, a w głębi siebie skumulowaną agresję, aby rozjechać na miazgę moich przeciwników.

Strzał startera i poszli. Idziemy ławą mocno od samego początku. Pierwszy zakręt i mnie wyrzuca, drugi zakręt i to samo. Jest ślisko, a ja nie do końca sobie radzę w tych butach, które mam na sobie. Pierwszy kilometr 2:49-2:50, jestem na prowadzeniu z Adamem Nowickim i Kenijczykiem. Jest mocno, jest ślisko, jest wilgotno i nie ma czym oddychać, dodatkowo na zbiegu nie mogę utrzymać odpowiedniej kadencji i mocy, mam zdecydowanie problem. Drugi kilometr i czas na zegarku 5:42, czuję już pierwsze oznaki kryzysu i ciężkich nóg. Nogi jak kołki przestają pracować, nie mam swobody biegania, czuję się jakiś zblokowany. Kenijczyk atakuje i przyśpiesza, a ja nie mogę zareagować. Niestety ucieka mi też Adam, a ja zostaje i tracę około 20-30m. Pod koniec 3km dochodzi mnie Tomek Grycko i Szymon Kulka, biegniemy w trzech, a strata do prowadzącej dwójki to około 40-50m. Biegnie mi się ciężko, w głowie pojawiają się pierwsze wątpliwości, a na domiar złego chłopaki mnie mijają i dyktują tempo. Spadam na 4 pozycję wśród Polaków i doznaję kolejnego szoku – już trzeciego. Od początku moich startów na Dominiku, czyli od 2010 r., taka sytuacja nigdy nie miała miejsca, że biegnę na 4km na pozycji nawet nie medalowej. Scenariusz zawsze był taki, iż z przodu biegnie Marcin z Keniolami, a reszta Polaków go goni 50-100m dalej. Na 5km mija mnie Ukrainiec Jakimczuk i goni słabnącego Adama. Miarka się przebrała, podejmuję decyzję, że muszę zaryzykować i zacząć umierać, aby dojść Jakimczuka i Nowickiego, a potem się okaże, co będzie. Mijam Tomka i Szymona i z pianą na ustach gonię drugiego i trzeciego zawodnika biegnąc na 4 miejscu i pozycji medalowej. Na 5,5km słyszę ogromny doping kibiców, ludzie krzyczą “chaboś dasz radę”, “dajesz”. Kolejny motywator do dania z siebie jeszcze więcej, muszę oszukać głowę, aby chciała dać ciału cierpieć. Widzę, że zbliżam się do chłopaków, moja zawodniczka Marta podaję mi zimną wodę, polewam się i biorę łyk. W głowię powtarzam sobie jak mantrę “I’m a Champion”, muszę to wygrać, muszę dalej być mistrzem Polski, ten tytuł należy do mnie! Na 6km dobiegam do Jakimczuka i Nowickiego i od razu atakuję, stawiam wszystko na jedną kartę. Słyszę i widzę ogromny doping kibiców i rodziny, zawodnicy biegający wcześniej 5km w szoku, że dobiegłem do czołówki i jeszcze atakuję, jeszcze 2 pętle temu każdy obstawiał, że zejdę i nie ukończę biegu. Nogi mnie palą, bebechy bolą, charczę niemiłosiernie i strasznie się męczę, ale widzę, że chłopaki nie są w stanie przytrzymać. To moja szansa i w głowie kolejna wizualizacja, że nie raz podobnie męczyłem się sam na treningu, to tutaj muszę to powtórzyć!

Patrzę na zegar i widzę 20 minutę biegu. Szybka kalkulacja i pierwsza myśl – 9min, jeszcze 9min męki i bólu i będę w domu. Będę po raz 6 mistrzem i dalej nie pokonany przez Polaka. To kawał dobrej historii i muszę to wytrzymać- I’m a Champion. Dobiegam do 8km, ogromny doping kibiców i jeszcze 2 okrążenia. Boli, bolą nogi, bolą płuca, bolą jelita, nie myślę o zawodnikach za mną, w głowie mam tylko jedno słowo “kadencja”. Klucz to utrzymać kadencję, kiedy głowa i ciało mówią stop – to tylko 6min i aż 6min. Michał Walczewski kierujący kładem widzi jak boli i krzyczy, że jeszcze trochę, że dam radę. Dobiegam do ostatniego okrążenia i nogi już mi się uginają, śliskie płyty i zakręty zniszczyły mi dwugłowe i czworogłowe. W głowie mam jedną myśl – 500m i zostanie finisz 500m z góry, dobiegnę nawet na rzęsach. Odwracam się i widzę spokojną przewagę – wystarczy tylko dobiec, co też nie jest łatwe, bo nogi na śliskiej nawierzchni się uginają. Odwracam się na 500m do mety, żeby się upewnić, że przewaga jest wystarczająca, a moja pozycja nie zagrożona. Wbiegam na metę z wynikiem 29:45. Mój najsłabszy czas w całej mojej historii startów na Dominiku. Czuję ulgę, że misja zakończyła się sukcesem. Tak, ulga to odpowiednie słowo. Nie czuję euforii, nie czuję szczęścia, “I am glad”, że mam to za sobą i koniec tej męki. Dziękuję rywalom, udzielam wywiadów do telewizji i radia, robię fotki z kibicami. Wchodzę na scenę, przejmuję mikrofon i dziękuję wszystkim kibicom za doping. Bez nich byłoby naprawdę dużo trudniej dać z siebie więcej, niż logika i rozum podpowiada. Cały czas bolą mnie flaki od wysiłku, jestem mokry i zaczynam marznąć, więc to znak, żeby się przebrać. Następnie konferencja z pierwszymi trzema zawodnikami i dekoracje kategorii open i Mistrzostw Polski.

Podsumowując ten wpis pewne jest, że nie byłem przygotowany do tych zawodów jak w latach ubiegłych. Prawda jest taka, że też nie chciałem być super mocny, ale z drugiej strony zależało mi na obronie tytułu i to komunikowałem przed samymi Mistrzostwami na swoich SM. Kolejną prawdą jest też to, że tytuł wybiegałem bardziej głową i psychiką niż nogami.  Wola walki odegrała tutaj kluczową rolę. Musicie też wiedzieć, że odporność psychiczna jest trochę jak mięsień i zbyt mocno obciążany po prostu się męczy, staje się mniej wydolny – to fakt naukowy. Mój “mięsień” już trochę lat jest eksploatowany i zmusić się  do takiej walki jest coraz trudniej. Nie mniej jednak póki zdrowie będzie pozwalać mi rywalizować na wysokim poziomie to oczywiście będę wracał do Gdańska walczyć o kolejne tytuły. Warto walczyć o  piękne historie i serie zwycięstw – warto się starać. Tego Wam wszystkim także życzę – twórzcie własne piękne zwycięstwa i wspomnienia. See you next year.

38674334_2369439253066300_5226964332964741120_o

Mistrzostwa Polski – Bieg Św. Dominika 2018 Część I

Relację z Mistrzostw Polski na moim blogu chciałbym zacząć od opisu okoliczności, czyli przygotowań do samego startu w Gdańsku. Opisu swoistego podłoża, który jest fundamentem mojego szóstego złotego medalu i kolejnego tytułu mistrzowskiego. Ten rok jest specyficzny i zarazem trudny dla mnie, a mimo to osiągam i realizuję prawie wszystkie cele.

Przygotowania do sezonu 2018 rozpocząłem w grudniu roku ubiegłego. Po 3 miesięcznej kontuzji i złamaniu kości śródstopia pierwsze miesiące to była walka o powrót do biegania i przyzwoitych prędkości. Z doświadczenia lat ubiegłych wiem, że to okres około 6 miesięcy, kiedy można myśleć o powrocie do dobrej dyspozycji sprzed kontuzji. To była też walka nie tyle z ciałem i organizmem, co z głową i własną psychiką. Złamania nabawiłem się będąc w super formie przed samym maratonem poznańskim. Wiele się wtedy napracowałem, aby zbudować tamtą dyspozycję i z dnia na dzień czar prysł. Dlatego też nie było mi łatwo po tej kontuzji wrócić mentalnie do ciężkiego treningu i kolejnych przygotowań. Ponad to nie mogłem się śpieszyć z treningiem, nie chciałem zbyt szybko obciążać stopy i nakładać na siebie dużej objętości treningowej , dlatego też podjąłem decyzję o rezygnacji z maratonu wiosennego. Skupiłem się na powrocie do dyspozycji na krótszych dystansach.

Na przełomie lutego i marca byłem w Hiszpanii, aby potrenować w ciepłym i uciec od naszej kapryśnej zimy. Zrobiłem tam już niezły trening, jednak starty bezpośrednio po zjeździe nie były jakoś wielce zadawalające. Co prawda wygrałem Maniacką na 10km, ale tydzień później na półmaratonie w Gdyni zanotowałem raczej średni występ. Widać było, że potrzebuje czasu, aby przetrawić bodźce, które przyjąłem na klatę w Hiszpanii. Na domiar złego chwilę po półmaratonie w Gdyni złapałem okropną jelitówkę i zaraz po niej przypałętał się jeszcze jakiś wirus. Czułem się po tym bardzo słabo. Poznański półmaraton wypadł bardzo źle, gdzie nie ukończyłem biegu. Po prawdzie nie mogłem do siebie dojść przez 1,5 miesiąca. Niemal codziennie biegało mi się źle, na trening wychodziłem zniechęcony i rozdrażniony. Szukałem sposobów, aby odwrócić złą passę treningową i poczuć w końcu moc pod nogą. Przez zaistniałą sytuację moja objętość treningu była cały czas niska, musiałem uzbroić się w cierpliwość i odczytywać każdy sygnał, który daje mi organizm oraz szukać wyjścia z sytuacji, aby się odbudować. Mocno skupiłem się na odbudowaniu flory jelitowej oraz odpowiednim nawodnieniu organizmu, co zaczęło skutkować co raz lepszą dyspozycją. Stan mojej motywacji do treningu też był na niskim poziomie, dlatego potrzebowałem jakiegoś dobrego startu.

Światełko w tunelu pojawiło się w Tarnowie Podgórnym. Mimo okropnej pogody i wielkiego upału pobiegłem tam naprawdę nieźle. Złamane 65min w takich warunkach dawało mi optymizm. Nie mniej jednak wiedziałem, że został mi tylko jeden start w Gdyni na 10km, po czym jadę na 10 dniowy urlop i reset głowy. Powiem Wam szczerze, że przez całą moją karierę sportową byłem tylko 2 razy na normalnych wakacjach, dlatego też w czerwcu myślami byłem już w Dubaju. Do startu w biegu Świętojańskim podchodziłem już naprawdę na dużym “lajcie” , choć chciałem się sprawdzić na jakim poziomie obecnie jestem. Sprawdzian wypadł naprawdę dobrze. Na specyficznej i uważam trudnej trasie pobiegłem 29:30 i wygrałem cały bieg. Myślę, że tego dnia w trochę innych warunkach (trasa) pobiegłbym 29:15-29:10. Start potwierdził też po raz kolejny, że 6 miesięcy to odpowiedni czas na to, aby móc startować po kontuzji już na większych prędkościach – przynajmniej w moim przypadku. Bezpośrednio po tej dyszce zrobiłem sobie całe 12 dni laby i urlopu. Odwiedziłem “szejka”, poopalałem się, posiedziałem w basenie i wróciłem do kraju na początku lipca, na równo miesiąc do Mistrzostw Polski w biegu na 10km.

Lipiec treningowo był dużo słabszy w moim wykonaniu analogicznie do roku ubiegłego. Główną przyczyną było to, iż specjalnie w taki sposób poprowadziłem w tym roku swój tok szkolenia. W listopadzie mam maraton w Libanie na Wojskowych Mistrzostwach Świata i siłą rzeczy nie chciałem być bardzo mocny i w szczycie formy w Gdańsku. Dodatkowo nie mogłem odpalić treningu z grubej rury po wakacjach. Dla potwierdzenia moich słów przytoczę objętość tygodniową z 2017 i 2018 r.

2017r: 162;160; 147; 154

2018r: 78; 138; 110; 105

Jak widzicie objętość była niska, wykonałem po prostu kilka treningów tempowych na bazie tego, co wypracowałem w maju i czerwcu. Do głównych jednostek przygotowujących mnie do startu w MP zaliczam: 12x400m, 10x1km, 10x500m, 4x2km+2×500 oraz mocne 5km. To były moje główne jednostki w lipcu. Mała objętość i wysoka intensywność. Dlatego też nie byłem tak mocny w tym roku, jak w latach ubiegłych. Trasa w Gdańsku jest wymagająca i trzeba być naprawdę dobrze przygotowanym siłowo na trudy tego biegu. Ja nie byłem i moi rywale mieli niepowtarzalną okazję na zdobycie tytułu 🙂 Mimo to jechałem do Gdańska po swoje, po zwycięstwo. Wiedziałem, że może być ciężko, ale to jest Dominik i tam słabi po prostu nie wygrywają. Doświadczenie i mocna głowa były moimi atutami na ten bieg.

Część II już w piątek 🙂

^3050598D28E46274D1A60F94B85854A00EC5987E89560C6209^pimgpsh_fullsize_distr

Po co mi to? Jestem tylko AMATOREM!

Niestety z takim stwierdzeniem spotykam się nad wyraz często. Biegaczom amatorom w bardzo wielu przypadkach nie chce się robić ćwiczeń uzupełniających trening biegowy, tłumacząc się brakiem czasu lub właśnie takim stwierdzeniem jak w tytule wpisu. Stawiają na objętość i wybiegane kilometry oraz trening tempowy, bagatelizując przy tym sprawność/gibkość, ćwiczenia wzmacniające i pracę nad poprawą techniki biegu.  Doświadczenie podpowiada mi, że taki sposób postępowania ma “krótkie nogi” i tym samym chciałbym opowiedzieć WAM małą anegdotkę.

Byłem w Pasłęku na biegu Filipidesa. Po zawodach skorzystałem z punktu masażu i poszedłem rozluźnić sobie lekko łydki. Obok leżeli inny zawodnicy i także korzystali z dobrodziejstw darmowego masażu. W pewnym momencie jeden jegomość po zakończonym zabiegu zaczyna prężnie masować rozcięgno podeszwowe krzywiąc się przy tym niemiłosiernie z bólu. Zaczynam z nim rozmowę na temat tego przypadku i widzę już na pierwszy rzut oka w czym tkwi problem i co jest powodem urazu. Po samej jego postawie “w staniu” widać jak “na talerzu” uwidocznione dysfunkcje, które mają późniejsze przełożenie na biomechanikę ruchu. Zaczynam mu wyjaśniać przyczynę problemu: zapadnięty łuk podłużny stopy, kolano valgus z rotacją kości piszczelowej względem kości udowej, słaby pośladek i brak akceptowalnego zakresu rotacji wewnętrznej i zewnętrznej w biodrze etc.  Jegomość otwiera szeroko oczy i pyta, co ma zrobić? Po krótkim opisie protokołu postępowania i tłumaczeniu, że trzeba to rehabilitować i sumiennie ćwiczyć, że jest to proces, ale w 3-4 miesiące można dużo zmienić to pada jedno z najgorszych stwierdzeń, z jakim dość często się spotykam – “Ja jestem tylko amatorem, wy zawodowcy możecie się w takie rzeczy bawić”.  

Z mojego punktu widzenia i doświadczenia jest to bardzo złe podejście do biegania i treningu amatorów. Amatorzy w szczególności powinni skupić się na treningu bazowym (sprawnościowym, siłowym, w pracy w przemianach tlenowych), skupić się na eliminacji dysfunkcji, które posiadają i które niewątpliwie wpływają na ich podatność do urazów i problemy ze zdrowiem. Zawodowcy mają większe pole do popisu jeżeli chodzi o bagatelizowanie sprawności i ćwiczeń uzupełniających, ponieważ są zdecydowanie lepiej przygotowani do biegania, choć to też jest złe podejście, gdyż w dłużej perspektywie także prowadzi to do problemów ze zdrowiem. Bieganie jest sportem o powtarzalnym ruchu, co zdecydowanie szybciej prowadzi do przeciążeń, dlatego tak ważne jest, aby bodźcować organizm i układ ruchu ćwiczeniami wielostawowymi.

Prowadziłem już wiele treningów grupowych oraz indywidualnych z amatorami. Największym z problemów z jakim się spotykam jest brak wiedzy i techniki wykonywania ćwiczeń sprawnościowych. Statystyczny amator biegania nie ma wiedzy jak się rozciągać i jak ćwiczyć, aby być sprawniejszym i silniejszym. A jak już ma okrojoną wiedzę to bardzo mocno kuleje technika wykonywania ćwiczeń. Wielu z nich zamiast rozciągać np. m. biodrowo – lędźwiowy tylko go napina i praktycznie w ogólnie nie pracuje nad poprawą stanu rozciągnięcia i funkcji tejże grupy mięśniowej. Para idzie w przysłowiowy gwizdek. Dlatego też celem wykładów połączonych z treningiem, które organizuje 17 czerwca w Gdańsku jest edukacja w zakresie poprawy sprawności i techniki biegania zawodników amatorów. Potrzeba im narzędzi do pracy, ponieważ nikt im nie pomoże jak oni sami sobie nie pomogą.

Patrząc i obserwując technikę biegania wielu biegaczy na biegach masowych i mając wiedzę w zakresie biomechaniki ruchu, metodyki nauczania i poprawy tejże techniki wyłania się bardzo smutny obraz. Większość ludzi zaczyna przygodę z bieganiem będąc do tego w ogóle nie przygotowanym. Idą za modą, kupują buty, naczytają się branżowych treści o bieganiu, skopiują plan treningowy z internetu 1:1  i zaczynają trening. Pokrzywieni, z szeregiem dysfunkcji i złymi wzorcami ruchowymi, bez narzędzi w ręku do poprawy tego stanu rzeczy. Ortopedzi prywatnych klinik zacierają ręce i kolejki do zabiegów ortopedycznych się wydłużają. Ośrodki i kliniki ortopedyczne powstają jak grzyby po deszczu, a biedny statystyczny Kowalski płacze i płaci, bo przez to całe bieganie już normalnie nie może funkcjonować i pracować. To coraz bardziej spotykany scenariusz w dzisiejszej dobie mody na bieganie. 

Dlatego też w mojej głowie zrodził się pomysł i misja edukacji biegaczy amatorów. Jak zauważyliście od długiego czasu daję Wam porady dotyczące treningu oraz nagrywam filmy z ćwiczeniami i ich opisem. Kolejnym krokiem jest zrobienie wykładów z treningiem praktycznym. Moim celem jest, aby każdy uczestnik mojego eventu dostał paczkę praktycznej wiedzy, co powinien zrobić, aby biegać lepiej technicznie, być sprawniejszym i silniejszym oraz cieszyć się zdrowiem na długie lata. Zapewniam Was, iż biorąc udział w wydarzeniu w Gdańsku dowiecie się:

-jak metodycznie pracować nad poprawą techniki biegu 
-jak poprawić ogólną sprawność i gibkość oraz zakres ruchomości stawów 
-jak poprawić koordynację ruchową
-jak kształtować siłę biegacza i triathlonisty oraz transferować moc 
-jak trenować w okresie bazowym i akumulacyjnym (jesień-zima) lub w początkowym okresie przygotowań pod dany dystans 
-co i jak monitorować w treningu biegowym i na jakie aspekty zwracać uwagę

Wracając do mojej anegdoty. Szczęśliwym finałem tego opowiadania jest to, że bohater zapisał się na mój wykład i pojawi się w Gdańsku. Daje mi to dużą motywację do przygotowania rzetelnego materiału i zrobienia najlepszego szkolenia w Polsce dotyczącego treningu biegowego. Jestem zdeterminowany, aby każdy uczestnik wrócił do domu z pakietem narzędzi w ręku do poprawy jakości swojej techniki biegowej oraz wiedzą, co jest najważniejszym filarem treningu biegowego i każdego programu treningowego. Na koniec oczywiście gorąco WAS zachęcam do wzięcia udziału w moim szkoleniu. Jestem przekonany, że wyjedziecie zadowoleni : )

Bilety i opis eventu znajdziecie  >>> Tutaj

Fotomaraton (1)

Tata, a Marcin powiedział-odcinek 3

bohaterem opowieści jest krystian – lat 37

“Jestem pod opieką Marcina dokładnie 4 miesiące. Efekty naszej współpracy pojawiły się bardzo szybko- nabiegałem wynik 2:42:26 w maratonie w Berlinie, poprawiając swoją życiówkę dokładnie o 4 minuty i 15 sekund. Ten wynik jest dla mnie bardzo cenny, ponieważ dość długo, prawie półtora roku, czekałem na poprawę na dystansie maratonu. Co więcej, od dawien dawna tak dobrze nie biegło mi się tego trudnego dystansu. O ile ja byłem tylko aktorem, za scenariusz i reżyserię odpowiadał Marcin : ) Decydując się na naszą współpracę, zastanawiałem się jak zmieni się mój trening, ale szybko okazało się, że dostałem ogromną ilość informacji i wsparcia nie tylko z poziomu samego treningu, ale całej otoczki “biegowej”. Nie było żadnego pytania bez odpowiedzi, a wszystko poparte ogromną wiedzą i doświadczeniem. Sam trening dostosowany idealnie do moich możliwości, kilometraż ograniczony i dobrany do moich wyników. Każdy zaplanowany tydzień to skrupulatny trening maratoński, bez mieszania niepotrzebnych treningów specjalistycznych pod krótsze dystanse, co często ma miejsce : ) Każda jednostka treningowa monitorowa, sprawdzana i przedyskutowana. Dodatkowo miałem też okazję odbyć trening indywidualny z Marcinem, gdzie dowiedziałem się masę rzeczy na temat treningu sprawnościowego. Dodatkowo Trener ocenił i zdiagnozował moją posturę i biomechanikę ruchu oraz zaprezentował i zadał ćwiczenia, które miały za zadanie poprawić “pewne rzeczy”. To się nazywa opieka, co nie ?. Bardzo mocno polecam Marcina! Co tu dużo nie mówić, sam sobie ostrzę zęby na nasze kolejne przygotowania i starty. Już wiadomo, że będzie się działo”

 

Krystian napisał swój tekst o naszej współpracy dawno -6 miesięcy temu  : ) Od tego momentu minęło trochę czasu, no i oczywiście działo się.  Z jednej strony publikacja tego tekstu TERAZ to Himalaje mojej opieszałości hehe, ale z drugiej warto było poczekać na to, co się wydarzy.  Zawodnik po Berlinie odpoczął i zaczął przygotowania pod Orlen maraton. Poprawił swój wynik na 15km w biegu Chomiczówki, a tydzień temu nabiegał życiówkę w półmaratonie poprawiając ją o 40s na 1:16:18. Jeżeli nic planowanego się nie wydarzy w ostatnim okresie przygotowań oraz pogoda na maratonie będzie znośna, to myślę, że Krystian będzie cieszyć się z nowego rekordu życiowego w maratonie na poziomie poniżej 2:40:00.

Krystian jest zawodnikiem bardzo skrupulatnym i poukładanym. Bardzo dobrze zarządza swoim czasem dnia. Trenuje wcześnie rano, ponieważ obowiązki zawodowe i rodzinne ma nad wyraz napięte 🙂 Jest sumienny, treningów praktycznie nie opuszcza, a zadania treningowe realizuje tak, jak ma rozpisane. Dobre jest to, że nie ponosi go fantazja i nie szaleje na szybkich jednostkach. Trafnie ocenia sytuacje i czasami potrafi lekko odpuścić, czy zwolnić, jeżeli warunki atmosferyczne są niekorzystne.

Muszę przyznać, że posiada on talent typowego wytrzymałościowca. Ma to oczywiście swoje wady i zalety. Krystian ma niskie tętno wysiłkowe, dobrze znosi long runy i biega je dość szybko w stosunku do swojej prędkości startowej, energetycznie też nie zgłasza trudów pokonywania 30km na treningu. Wszystkie biegi w czystej pracy tlenowej wykonuje perfekcyjnie. Niestety jego piętą achillesową jest tolerancja i utylizacja wyższego kwasu mlekowego i niemożność wejścia na wyższe strefy tętna. Po maratonie naszym zadaniem będzie właśnie praca nad tymi elementami. Zawodnik musi poprawić dynamikę i popracować na wyższych prędkościach, wejść na wyższe tętno wysiłkowe i postarać się na nim pozostać przez jakiś czas 🙂 Nie będą to dla niego lekkie i komfortowe treningi, ale jeżeli będzie chciał się dalej poprawiać w maratonie, to pewną barierę będzie trzeba przełamać, bo obawiam się, że powoli dochodzimy do ściany przy takim charakterze treningu. Dla każdego zawodnika trzeba znaleźć bodziec, który go przesunie. Krystian ładnie się rozwinął typowym treningiem siłowo – wytrzymałościowym, ale jeżeli będzie chciał swoje granice przesunąć to będzie musiał wejść na trochę inny szczyt. Myślę, że dla niego doskonałą analogią skali trudności będzie wejście zimą na K2, albo skok z 8000 tys m bez aparatury tlenowej. Bardzo trudne, ale nie niemożliwe. W końcu odruch wymiotny z powodu dużego zakwaszenia nigdy nie jest przyjemny, a Krystian będzie musiał się do niego przyzwyczaić 🙂  

Możecie też zajrzeć na blog Krystiana: http://www.wmmbk.pl/

 

1062_Crop_720_480

Torrevieja-Podsumowanie I tygodnia.

Do Hiszpanii przyjechałem na długie 5 tygodni, z jednej strony, aby uciec od polskiej zimy, z drugiej zaś, aby w końcu popracować nad prędkościami, gdyż sezon startowy zbliża się wielkimi krokami i pierwsze starty mam zaplanowane już na początku marca. Niestety przed samym wyjazdem dopadło mnie solidne przeziębienie i 4 dni wypadły mi zupełnie z treningu. Dogorywałem w domu i na szybko leczyłem potężny katar, abym jakoś przeżył podróż do Torrevieja : )

Na półwyspie Iberyjskim zameldowałem się w czwartek tj. 1.02.2018 r. Pierwsze trzy dni były dość spokojne, ponieważ po infekcji musiałem się wprowadzić w trening i dać sercu spokojnie popracować. Na zakończenie tygodnia wykonałem jednostkę siły biegowej, aby wejść w normalny mezocykl i od poniedziałku rozpocząć normalny pełnowartościowy trening. Pierwsze dni to też rekonesans terenów do biegania i całej infrastruktury. Muszę przyznać, że Torrevieja jest znacznie lepszym miejscem do treningu, niż Alicante, w którym trenowałem w zeszłym roku. Na pewno na temat biegowych terenów pojawi się na blogu osobny wpis.

Przed obozem musiałem odpowiedzieć sobie na jedno proste i zasadnicze pytanie. Mianowicie: jaki jest cel obozu i co chcę osiągnąć w tych przygotowaniach? Po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że głównym celem jest zachowanie zdrowia i ciągłości treningowej. Po prostu nie może przytrafić mnie się kolejny uraz, który wykluczy mnie z rywalizacji. Tak więc roztropność, ostrożność i brak pośpiechu w treningu będą mi przyświecać w najbliższych tygodniach. Nigdzie się nie spieszę, wiem, że stać mnie na dobre wyniki, a czy przyjdą one w kwietniu, maju, czy dopiero w sierpniu to sprawa dla mnie drugorzędna. Oczywiście fajnie by było reprezentować wysoki poziom sportowy już od samego początku, nie mniej jednak nie zamierzam ryzykować zdrowia zbyt dużym natężeniem treningu, czy jego intensywnością. Pisząc prościej – to co bym wykonał kiedyś w tydzień, teraz zrobię w 10 dni : )

Niewątpliwie 10 tygodni przerwy spowodowanej złamaniem spowodowało u mnie ogólny spadek mocy i prędkości. Także drugim moim celem jest odbudowa potencjału siłowo – szybkościowego. To chyba najgorszy “kawałek chleba” do przetrawienia. Musisz adaptować swoje ciało do znoszenia wysokiego zakwaszenia, przełamać pewne bariery psychiczne i fizyczne oraz pisząc dosadnie i trochę brzydko “musisz się umieć zajechać”. Każdy taki trening boli, jest rozładowujący, ale po fazie superkompensacji powinien działać budująco i bodźcująco. Trzeba się też wykazać doświadczeniem, aby nie przesadzić. Forma ma przecież przyjść wtedy, kiedy planuję haha : )

 

 

Pewnie niektórzy z Was z niecierpliwością czekają na informację o jednostkach treningowych, które tutaj wykonuję. Postanowiłem opublikować cały tydzień swojego pierwszego tygodnia. Chyba jest to nowość w naszym środowisku biegowym, ponieważ żaden pro amator w PL tego nie robi : ) ? Oczywiście nie będzie to u mnie od tej pory regułą, choć nie ukrywam, że co jakiś czas dam taką “wrzutkę” z moich poczynań. W tym miejscu chciałbym tylko przestrzec przed ślepym kopiowaniem tego w swoim planie treningowym. Trening wg mnie jest dość wymagający i trzeba być do niego przygotowanym. Nie sztuką jest wykonać mocny trening, sztuką jest wykonać go w taki sposób, aby oddał na zawodach w postaci wyniku sportowego : ) czyt. trzeba go zregenerować. A teraz do konkretów. Poniżej pełny tydzień treningowy:

PN: I Cross 14km: 3:25/km HR 154 avg   II Easy 11km+spr

WT: I Easy 5km+Interwał 2x10x400 rest 200m (1’15”), rest dł 4′. Pierwsza seria po 66”-65” w butach, druga w kolcach po 65”-64”. Last 60.58, Lac. 6.5 mmol/l. Wiało

II Easy 8km+spr

SR: 20km po 3:48/km -mocny wiatr

Czw: I Easy 12km+spr+10×200 BPG+2km TR  II Easy 10km+spr

PT: Easy 4km+spr+10x1km rest 400m (2′-2’15”) – wiało, lekko nie było przez cholerny wiatr na stadionie. Dzisiaj słabsza dyspozycja dnia.  Lac, 5.6 mmol/l

1)2:53 2) 2:55 3)2:57 4)2:56 5)2:55 6)2:57 7)2:56 8)2:55 9)2:58 10)2:56

So: I Easy 10km+spr    II Easy 12km+spr

N: Long 25km + spr – po 3:50/km. Uporczywy wiatr, samopoczucie średnie.

Total week: 165 km

 

Podsumowując tydzień muszę przyznać, że wszedł w nogi. Z niecierpliwością czekam na masaż w środę za 30 “ojro”. Do tego czasu muszę jednak przeżyć jeszcze mocny trening tempowy we wtorek oraz szybszy długi bieg w środę z rana. Nie czułem się idealnie przez cały tydzień. Tysiące biegało mi się ciężko, nie bez znaczenia był tutaj porywisty zimny wiatr. Niedzielny długi bieg też dłużył się i upływał jak “krew z nosa”. Brakuje trochę sparingpartnera, bądź grupy treningowej. No, ale jako amator nie mogę mieć wygórowanych wymagań hihi. Może dla niektórych ta teza jest nad wyraz kontrowersyjna, ale z pewnością będę chciał ją obronić w kolejnych wpisach na blogu. Tymczasem drogi czytelniku dziękuję Ci, że wytrwałeś do końca i do usłyszenia.

PS.

Zostaw like, udostępnij wpis, bądź  dodaj komentarz. Pozostaw swój ślad : )

23434934_1966344756714406_6528958722735255916_n

“Tata, a Marcin powiedział” – Odcinek 2

Współpracę z Magdaleną rozpocząłem z początkiem czerwca br. Zawodniczka zwróciła się do mnie z ambitnym celem, mianowicie chciała zdobyć medal Mistrzostw Europy Weteranów w maratonie, które odbywały się w ramach maratonu Wrocławskiego. Magda ma przeszłość lekkoatletyczną, trenowała kiedyś LA, jednak jej rekordy życiowe były już nadgryzione zębem czasu.

Okres treningowy do maratonu nie był zbyt długi, więc całkiem musiałem przemodelować jej trening, wiązałem jednak dużą nadzieję z powrotem Magdy do poziomu z najlepszych lat. Podczas naszej rozmowy nie było dyskusji o jakimkolwiek wyniku, skupiłem się na metodycznym, spokojnym treningu i wprowadzeniu nowych bodźców, aby przygotować Magdę energetycznie na trudy dystansu maratońskiego. Trening w jej przypadku też nie jest łatwy ze względu na charakter pracy, którą wykonuje. Magda dużo podróżuje po kraju, a jak wiemy, podróże bywają męczące : )

Nie mniej jednak Magda wykazała się niesamowitą determinacją w realizowaniu treningu, przykładała dużą wagę do sprawności i odnowy biologicznej. Niekiedy zdarzało jej się pobiegać mocniej niż planowałem, jednak nie miało to wpływu na ogólny obraz jej treningu. Pracowała sumiennie i wywiązywała się z przepisanych dla niej zadań, czyli tak jak na prawdziwego sportowca przystało : )

Jej poświecenie, dobre przygotowanie oraz 100% realizacja założonej taktyki na maraton zaowocowały zdobyciem brązowego medalu ME Weteranów w maratonie i zbliżeniem się do rekordu życiowego sprzed dobrych kilku lat. Magda ukończyła bieg z wynikiem 2:57:55 i zrealizowała swój cel!

Zawodniczka posiadała zaproszenie na prestiżowy maraton w Nowym Jorku – marzenie wielu biegaczy. Nie było to łatwe zadanie ze względu na krótki okres pomiędzy startami. Trzeba było wypocząć po dolnośląskim wyzwaniu, a zarazem pobudzić organizm by podtrzymać dyspozycję bez niepożądanego ryzyka przetrenowania. Plan był taki, aby podejść do startu na luzie. Zawodniczka miała ocenić wszystkie czynniki w czasie zawodów i zdecydować, czy podejmuje wyzwanie mocnego biegania. Wynik Magdy zrobił na mnie wrażenie, ponieważ w niesprzyjających warunkach na trudnej trasie z wieloma przygodami przed startem, bez żadnej rozgrzewki przed wystrzałem startera osiągnęła wynik na mecie 2:59:56 zostając drugą Polką w New York Marathon.

 

 

Co sama zawodniczka napisała o naszej współpracy:

“….żeby się rozwijać i realizować swoje marzenia potrzebowałam  mocnego bodźca, inspiracji – KOGOŚ kto mnie zmobilizuje i będzie wymagający, pocieszy gdy idzie gorzej. Wiedziałam, że musi to być Ktoś z doświadczeniem, mocnym sportowym charakterem i  WYNIKAMI, ? Ktoś kogo będę  słuchać i komu ZAUFAM – znalazłam -MARCIN CHABOWSKI.

Wydawało mi się że posiadam  wiedzę dotyczącą treningu popartą latami spędzonymi na ścieżkach biegowych czy stadionie  – myliłam się. Marcin pokazuje mi jak biegać inaczej, mądrzej, energetyczniej – na co powinnam zwracać uwagę. Trening to nie tylko bieganie – to dopiero  podstawowe ABC……

Analizuje każdy akcent biegowy – opierniczy, gdy biegam za szybko ? TRENING to NIE ZAWODY słyszę – powinnaś ładować akumulator! Współpraca korespondencyjna sprawdza się w 100%, a aplikacja Garmina jest naturalnym SZPIEGIEM – jak CRM w pracy. Po kilku miesiącach treningu wracam do formy sprzed lat, zdobywam brązowy Medal Mistrzostw Europy Masters łamiąc 3 godziny w Maratonie i  przy okazji złoto w drużynówce.

Nie mogłam podjąć lepszej decyzji – lubię obcować z profesjonalistami zarówno w biznesie jak i w sporcie – MARCIN taki jest – POLECAM.”

0A3C7977-E1CD-4106-B17B-44BC2B30A139

Minął miesiąc, mamy październik.

Miesiąc od złamania

Minął dokładnie miesiąc od nieszczęśliwej kontuzji, której doznałem podczas rywalizacji w zawodach. Po prawdzie do dzisiaj nie ustaliłem, co mogło być przyczyną zmęczeniowego złamania. Czy na taki stan rzeczy pracowałem ostatnie kilka lat, czy ostatnie okres treningowy, a może śliski asfalt i źle dobrane buty na zawodach mogły mieć wpływ na to zdarzenie? Szczerze, to nikt mi nie odpowie na proste postawione pytania. Analiza jest szalenie istotna w sporcie, nie mniej jednak w tym wypadku jest to praktycznie nie do ustalenia.

Z jednej strony miesiąc zleciał szybko, z drugiej jestem już tym mocno zmęczony. Oglądanie kolegów biegających na zawodach, kiedy Ty siedzisz z ortezą na kanapie nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, na które ma się ochotę. Kontuzja jest na tyle upierdliwa, że ciężko podjąć jakiś wysiłek o charakterze wytrzymałościowym. Lekarze przez pierwsze 6 tygodni zalecają całkowite odciążenie nogi, chodzenie o kulach. W takim wypadku rower, czy basen jako trening uzupełniający nie wchodzi w grę. Jedynym ratunkiem w tej sytuacji okazała się dla mnie siłownia i ćwiczenia wzmacniające, gdzie mogę ćwiczyć we wszystkich pozycjach nie obciążających kończyny.

 Na “siłkę” chodzę 2-3 razy w tygodniu, robię trochę sprawności w domu. Codziennie wieczorem podłączam się do Exogenu, który ma przyśpieszać zrost mojej złamanej drugiej kości śródstopia. Ogólnie przez ten miesiąc jestem wewnętrznie rozdrażniony. Organizmowi brakuje ruchu i wysiłku. Byłem naprawdę w dobrej formie i praktycznie z dnia na dzień mój organizm został odcięty od reżimu, w którym funkcjonował przez ostatnie miesiące. Na bank ma to odzwierciedlenie w ogólnym samopoczuciu i “psyche”. Czasami po prostu nic mi się nie chce i ciężko mi się zmobilizować do czegokolwiek. Staram się uciekać myślami od tego, ile pracy i wysiłku włożyłem w przygotowania. W planach mam przeczytanie kilku interesujących mnie książek, napisanie dla was kilku artykułów na bloga, ale idzie opornie niczym jak “krew z nosa”.

Zrobiłem ostatnio badania krwi, które są oczywiście dobre. Spodziewałem się tego, organizm wypoczął i nie był obciążany. Czerwone krwinki nie dostawały kolokwialnie w “dupę” więc wskaźniki morfologiczne są naprawdę dobre. 5.2 czerwonych krwinek, 16.1 Hemoglobiny przy hematokrycie 48. Jest nieźle i o ten aspekt nie będę się martwił przy rozpoczęciu przygotowań do nowego sezonu. Martwi mnie tylko moja słaba przyswajalność Vit. D. Przez ostatni czas dość agresywnie się suplementowałem, aby podbić poziom w moim organizmie, a on niestety dalej jest dla mnie niezadowalający, czyli 40 ng/ml. Stosuję się oczywiście do zaleceń naukowych i praktycznych, czyli przyjmuję vit. D z K2MK7 oraz z tłuszczami, jednak poziom jest dla mnie dalej niesatysfakcjonujący. Cóż, muszę dalej się suplementować i czekać na lepsze rezultaty.

Jeżeli chodzi o kwestie diety, to w ogóle nie zaprzątam tym sobie głowy. Obecnie jem wszystko na co mam ochotę i bardzo nieregularnie. Czasami przerwa między posiłkami trwa u mnie nawet 8 godzin. Jakoś mocno nie tyje i nigdy nie miałem do tego tendencji. Wiem, że jak wrócę do biegania to waga szybko spadnie do mojej standardowej wagi treningowej 57-59kg. Na pewno zauważyłem, że przez ten miesiąc trochę tkanki tłuszczowej odłożyło mi się na fałdzie brzusznym, jednak to cena za picie piwka podczas gry w Fifę 18 lub podczas oglądania filmu : )

Mam nadzieję, że okres odpoczynku i resetu dobiega końca. W połowie października mam kontrolne zdjęcia stopy i dostanę informację, czy mogę powoli wchodzić w rehabilitację. Jak wszystko będzie w porządku i dostanę zielone światło to zaczynam trening zastępczy. Będzie rower i trenażer, będzie basen i bieganie w pasie wypornościowym i będzie oczywiście siłownia. Nie lubię treningu zastępczego, ale wiem, że mam dość już siedzenia i na pewno będę pracował na to, aby odbudować trochę to, co straciłem przez te 6 tygodni leżenia na kanapie. Jak wszystko będzie się układać pozytywnie i według założeń, to z początkiem grudnia powinienem wrócić na biegowe ścieżki. Trzymajcie kciuki.

Nozynski

“Tata, a Marcin powiedział” – odcinek 1

Nie jest tajemnicą, że od kilku lat jestem trenerem i pod moją opieką zrealizowało swoje cele nie małe grono zawodników.  Siebie trenuję od 2015 r., a swoim doświadczeniem z innymi dzielę się już 5 lat. Praca nad sobą daje mi dużo doświadczenia, ale trenowanie innych to prawdziwy poligon i bagaż doświadczeń. Trening musi być zawsze zindywidualizowany i napisany pod daną osobę. Zawodnicy różnią się poziomem sportowym, stażem treningowym, wiekiem, wykonywaną pracą, mają inne problemy i dysfunkcje do rozwiązania itp. Zadań stojących przed trenerem jest wiele, nie będę ich wymieniał w tym momencie. Postanowiłem ruszyć z cyklem “Tata, a Marcin powiedział”, czyli z opisem zawodników o mnie i współpracy z moją osobą. Każdy zawodnik to inna historia, a one mają to do siebie, że nie zawsze są bajką, gdzie na końcu rycerz zabija smoka i ratuje piękną księżniczkę.  Dzisiaj bohaterem pierwszego odcinka serii jest Darek. Poczytajcie…….

 

“Z Marcinem współpracowałem przez 1,5 roku (od kwietnia 2015 roku). Decydując się na współpracę chciałem poznać jak wygląda prawdziwy maratoński trening. Efektem miał być rekord życiowy w maratonie. Chciałem współpracować z osobą która ma sukcesy w maratonie, a nie tylko słyszała lub czytała o treningu maratońskim. Ze względów oczywistych osoba ta musiała być dużo lepsza ode mnie. Zdecydowałem że jak trenować to z najlepszymi w Polsce. Każdy miesiąc współpracy potwierdzał słuszność mojego wyboru. Szeroka merytoryczna wiedza z metodologii treningu, żywienia oraz całej filozofii okołobiegowej poparta dużym doświadczeniem przełożyły się od razu w rekordy życiowe. Jako osoba mocno wybiegana, poprawienie rekordu życiowego u mnie nie jest już takie łatwe. Mimo to już po 4 miesiącach treningu ustanowiłem nowy rekord w półmaratonie na poziomie 1:10:52. Za miesiąc dodałem do tego rekord życiowy w maratonie 2:25:13 przybiegając pierwszy z Polaków na metę Maratonu Warszawskiego. Po 5 kolejnych miesiącach rekord w półmaraotnie poprawiłem o kolejne 20 sekund.

Cały okres współpracy to przede wszystkim ciągłe zainteresowanie ze strony Marcina wynikami treningów i na bieżąco korygowanie błędów. Treningi dostawałem rozpisywane z zegarmistrzowską precyzją i dostosowane do aktualnych możliwości wykonania przeze mnie poszczególnych jednostek. Czyli to czego nie da rozpiska treningu ściągnięta z Internetu. Żadne pytanie nie pozostaje bez odpowiedzi, a to pozwala na wyeliminowanie bolesnej nauki na własnych błędach. Szczerze polecam współpracę z Marcinem!”

 

 

Darek jest bardzo dobrym zawodnikiem. Jednym z najszybszych jakich miałem przyjemność trenować. Zadania realizował rzetelnie, choć czasami na treningach tempowych poniosła go ułańska fantazja : ) To jeden z nielicznych zawodników, którzy są naturalnie wytrzymali, urodzili się z tym. Trenował 6 razy w tygodniu, a jego maratoński trening oscylował głównie na objętości 90-100 km/tygodniowo. Przyznać trzeba, że nabiegał naprawdę fajne wyniki z takiej zabawy. Zawodnik lubiący mocne treningi i szybkie bieganie, więc czasami potrzebował tzw. hamulcowego : ) Obecnie Darek trenuje samodzielnie i szczerze mu kibicuje. Jutro biegnie w maratonie Warszawskim i mam nadzieję, że powalczy o nowy rekord życiowy. O tym zawodniku możecie przeczytać na jego blogu 

_MG_2783

#CATS, czyli wstępniak powitalny

 

Cześć. 

Cieszę się, że tu jesteś. Być może to właśnie Ty zainspirowałeś mnie do działania zadając pytania, prosząc o porady albo po prostu dając mi znać, że to co robię i jak to robię motywuje Cię do działania. Jesteś albo właśnie stajesz się świadomym swoich problemów biegaczem. Mnie zajęło kilka dobrych lat zanim dojrzałem do pewnych decyzji. Zanim uwierzyłem, że moje odczucia i przekonania są słuszne, że można wykonywać robotę inaczej, a nie ?zatęchłymi? metodami. W tym czasie popełniłem wiele błędów i doznałem kilku porażek. Chcę podzielić się z Tobą moją historią i pokazać podwaliny przyświecające formowaniu #cats czyli systemu pracy nad sobą i trenowanymi przeze mnie biegaczami. #ChabowskiAthleticTrainingSystem to moja filozofia prowadzenia świadomego biegacza, który umiejętnie pracuje nad ciałem, jego sprawnością i mądrze trenuje, aby w zdrowiu realizować postawione sobie sportowe cele.

Od 17 lat funkcjonuję w świecie biegowym. Jak daleko sięgam pamięcią, zawsze miałem coś do powiedzenia w zakresie treningu, planu przygotowań do imprez docelowych. Często jako ten ?młody i głupi? inspirowałem dyskusje, dzięki którym wychodziłem z błędnego przekonania lub wręcz przeciwnie, utwierdzałem się w słuszności stawianych tez. W swojej karierze biegacza zmagałem się z powszechnymi urazami i nieoczywistymi kontuzjami, na które zapracowałem sam przez wiele lat. Sam, ponieważ ślepo wierzyłem w czyjś plan na mnie. Sam, ponieważ, zbyt długo nie pozwalałem uwolnić się temu wewnętrznemu przeczuciu, że coś jest nie tak. Sam, ponieważ czasem chciałem za bardzo. Sam, ponieważ stawiałem wszystko na jedną kartę. Ja byłem z tym sam, ale Ty się nie martw, jestem tu po to, żeby nauczyć Cię jak to robić.

Praca nad sobą, może przybrać różne formy, ale w przypadku #cats jest to najpierw rewizja stanu organizmu i określenie punktu zero. To swoisty rachunek sumienia dotychczasowej pracy treningowej, pozwalający na dogłębną analizę mocnych i słabych stron. Kiedy ten krok mamy za sobą, określamy i wdrażamy plan naprawczy ? nie obawiaj się ? będę Twoim przewodnikiem, pokażę jak ćwiczyć i zmieniać nawyki. Uprzedzam jednak, że droga nie jest łatwa, potrzeba determinacji, systematyczności oraz Twojego zaangażowania. Potrzeba również dyscypliny, szczerości i dzielenia się swoimi odczuciami, z mojej strony możesz w 100% na to liczyć.

#ChabowskiAthleticTrainingSystem to jeden z aspektów mojej działalności, to jednak nie koniec mojego zaangażowania w zwiększanie świadomości wagi pracy u podstaw. Życzyłbym sobie, aby czas spędzony na mojej stronie przynosił Ci korzyści w postaci wiedzy, którą zastosujesz w codziennym treningu. Będę dążył do tego, aby treści tutaj zawarte były wartościowe, ciekawe i inspirujące. Uprzedzam – nie mam zamiaru bombardować Cię pustymi sloganami, stawiam na jakość prezentowanych treści – nie spodziewaj się codziennych artykułów, nie do tego dążę. Częstotliwość pojawiających się wpisów będzie nieco mniejsza w porównaniu do mojej aktywności w social mediach – swoją drogą zajrzyj na fanpejdż na FB, moje stories na Instagramie i bądź na bieżąco z moimi tipami, kotami i treningową rutyną.

Pamiętaj, że w dalszym ciągu jestem wyczynowym biegaczem i chciałbym przysporzyć Ci jeszcze trochę emocji jako reprezentant naszego kraju na największych imprezach krajowych i międzynarodowych. Postanowiłem zrobić coś dla Ciebie, dlatego będzie mi niezmiernie miło, kiedy wejdziesz ze mną w interakcję, komentując i udostępniając stworzone przeze mnie materiały. Będzie to dla mnie informacja zwrotna, że praca, którą wykonuję jest dla Ciebie wartościowa i potrzebna, a z drugiej strony pozwoli mi również na dalszą pracę nad sobą i szlifowaniem mojego warsztatu.

Już teraz zapraszam Cię do kontaktu i współpracy. Odwiedź zakładkę TRENUJ ZE MNĄ i dołącz do mojego TEAMU, w którym liczba miejsc jest ograniczona. Dołożę wszelkich starań, żeby ukierunkować Cię na realizację postawionego celu, pamiętaj jednak, że w tym procesie nie będziesz sam.