Fotomaraton (1)

Tata, a Marcin powiedział-odcinek 3

bohaterem opowieści jest krystian – lat 37

“Jestem pod opieką Marcina dokładnie 4 miesiące. Efekty naszej współpracy pojawiły się bardzo szybko- nabiegałem wynik 2:42:26 w maratonie w Berlinie, poprawiając swoją życiówkę dokładnie o 4 minuty i 15 sekund. Ten wynik jest dla mnie bardzo cenny, ponieważ dość długo, prawie półtora roku, czekałem na poprawę na dystansie maratonu. Co więcej, od dawien dawna tak dobrze nie biegło mi się tego trudnego dystansu. O ile ja byłem tylko aktorem, za scenariusz i reżyserię odpowiadał Marcin : ) Decydując się na naszą współpracę, zastanawiałem się jak zmieni się mój trening, ale szybko okazało się, że dostałem ogromną ilość informacji i wsparcia nie tylko z poziomu samego treningu, ale całej otoczki “biegowej”. Nie było żadnego pytania bez odpowiedzi, a wszystko poparte ogromną wiedzą i doświadczeniem. Sam trening dostosowany idealnie do moich możliwości, kilometraż ograniczony i dobrany do moich wyników. Każdy zaplanowany tydzień to skrupulatny trening maratoński, bez mieszania niepotrzebnych treningów specjalistycznych pod krótsze dystanse, co często ma miejsce : ) Każda jednostka treningowa monitorowa, sprawdzana i przedyskutowana. Dodatkowo miałem też okazję odbyć trening indywidualny z Marcinem, gdzie dowiedziałem się masę rzeczy na temat treningu sprawnościowego. Dodatkowo Trener ocenił i zdiagnozował moją posturę i biomechanikę ruchu oraz zaprezentował i zadał ćwiczenia, które miały za zadanie poprawić “pewne rzeczy”. To się nazywa opieka, co nie ?. Bardzo mocno polecam Marcina! Co tu dużo nie mówić, sam sobie ostrzę zęby na nasze kolejne przygotowania i starty. Już wiadomo, że będzie się działo”

 

Krystian napisał swój tekst o naszej współpracy dawno -6 miesięcy temu  : ) Od tego momentu minęło trochę czasu, no i oczywiście działo się.  Z jednej strony publikacja tego tekstu TERAZ to Himalaje mojej opieszałości hehe, ale z drugiej warto było poczekać na to, co się wydarzy.  Zawodnik po Berlinie odpoczął i zaczął przygotowania pod Orlen maraton. Poprawił swój wynik na 15km w biegu Chomiczówki, a tydzień temu nabiegał życiówkę w półmaratonie poprawiając ją o 40s na 1:16:18. Jeżeli nic planowanego się nie wydarzy w ostatnim okresie przygotowań oraz pogoda na maratonie będzie znośna, to myślę, że Krystian będzie cieszyć się z nowego rekordu życiowego w maratonie na poziomie poniżej 2:40:00.

Krystian jest zawodnikiem bardzo skrupulatnym i poukładanym. Bardzo dobrze zarządza swoim czasem dnia. Trenuje wcześnie rano, ponieważ obowiązki zawodowe i rodzinne ma nad wyraz napięte 🙂 Jest sumienny, treningów praktycznie nie opuszcza, a zadania treningowe realizuje tak, jak ma rozpisane. Dobre jest to, że nie ponosi go fantazja i nie szaleje na szybkich jednostkach. Trafnie ocenia sytuacje i czasami potrafi lekko odpuścić, czy zwolnić, jeżeli warunki atmosferyczne są niekorzystne.

Muszę przyznać, że posiada on talent typowego wytrzymałościowca. Ma to oczywiście swoje wady i zalety. Krystian ma niskie tętno wysiłkowe, dobrze znosi long runy i biega je dość szybko w stosunku do swojej prędkości startowej, energetycznie też nie zgłasza trudów pokonywania 30km na treningu. Wszystkie biegi w czystej pracy tlenowej wykonuje perfekcyjnie. Niestety jego piętą achillesową jest tolerancja i utylizacja wyższego kwasu mlekowego i niemożność wejścia na wyższe strefy tętna. Po maratonie naszym zadaniem będzie właśnie praca nad tymi elementami. Zawodnik musi poprawić dynamikę i popracować na wyższych prędkościach, wejść na wyższe tętno wysiłkowe i postarać się na nim pozostać przez jakiś czas 🙂 Nie będą to dla niego lekkie i komfortowe treningi, ale jeżeli będzie chciał się dalej poprawiać w maratonie, to pewną barierę będzie trzeba przełamać, bo obawiam się, że powoli dochodzimy do ściany przy takim charakterze treningu. Dla każdego zawodnika trzeba znaleźć bodziec, który go przesunie. Krystian ładnie się rozwinął typowym treningiem siłowo – wytrzymałościowym, ale jeżeli będzie chciał swoje granice przesunąć to będzie musiał wejść na trochę inny szczyt. Myślę, że dla niego doskonałą analogią skali trudności będzie wejście zimą na K2, albo skok z 8000 tys m bez aparatury tlenowej. Bardzo trudne, ale nie niemożliwe. W końcu odruch wymiotny z powodu dużego zakwaszenia nigdy nie jest przyjemny, a Krystian będzie musiał się do niego przyzwyczaić 🙂  

Możecie też zajrzeć na blog Krystiana: http://www.wmmbk.pl/

 

29340132_10156147011402356_3959263267641098240_o

Onico Gdynia Półmaraton-VI miejsce

I znowu mam problem ze strukturą swojego wpisu. Jak zacząć? Co napisać? O czym tak naprawdę chcecie czytać? Mnogość blogów o bieganiu i wpisów biegaczy jest tak duża, że czasami sam się zastanawiam, czy najbardziej interesuje WAS wiedza bardziej specjalistyczna, czy może taki life style od kuchni  ; ) ? Postanowiłem, że podzielę wpis na PRZED, W TRAKCIE I PO STARCIE.

Przed Startem 

Po biegu na 10km w Maniackiej Dziesiątce postanowiłem odpocząć i postawić na regenerację. Czułem się zmęczony mięśniowo obozem i biegiem. Odnowy w Hiszpanii za bardzo nie miałem, więc układ mięśniowy swoje odczuł. Przekonałem się o tym już w poniedziałek na pierwszym masażu u Adama. Powierzchownie nogi niby były spoko, ale głębiej i bliżej kości BETON. I tak to jest, kiedy bawisz się sam tylko rollerem itp. To nigdy nie zastąpi profesjonalnego masażu sportowego, ponieważ powięź powierzchowna i tkanka będzie jeszcze w miarę luźna, ale już powieź głęboka jest w słabym stanie. Biegasz i masz uczucie, że nogi niby luźne, ale nie ma mocy, nie ma luzu : ) Dlatego przez cały tydzień robiłem tylko rozbiegania i rytmy. Tak, codziennie rozbieganie + rytmy na pobudzenie i szukanie świeżości. W czwartek jeszcze lekki masaż, udział w konferencji prasowej i oczekiwanie na start. Elita biegu mocna – 4 zawodników z Afryki z życiówkami po godzina i jedna minuta, mocny Marakończyk i D. Lashyn – IV zawodnik Mistrzostw Europy na 10000m z Amsterdamu. Połówka to nie spacer i trzeba umieć pić 🙂 , a tak poważnie to mocniejszy trening pomiędzy Poznaniem, a Gdynią mógłby mi tylko zaszkodzić.

Prognozy meteorologiczne na bieg niestety też nie były zadowalające i napawające optymizmem. Zapowiadano dość silny wiatr i minusową temperaturę, co oczywiście się sprawdziło. Moja komóreczka przed startem, kiedy siedziałem sobie w namiocie Elite wskazywała odczuwalną temperaturę -9.  Na 50min do startu zebrałem się w sobie i poszedłem na rozgrzewkę: 4km truchtu, sprawność, 3-4×100 RTM i krótka toaleta przed startem.

W trakcie

Godzina zero równo o 10 i wystrzał startera. Moją taktyką na ten bieg było chowanie się od wiatru za mocnymi Kenijczykami najlepiej do samego finiszu i na końcu “brzydkie zwycięstwo”. Jak wiecie to mi się nie udało haha. Pierwsze 3km biegliśmy w spacerowym tempie po 3:15-3:10/km. Potem Ugandyjczyk, który wygrał bieg trochę przyśpieszył i można było oczekiwać rozwoju sytuacji. Na 5km zameldowaliśmy się z czasem 15:30, ale tutaj już prędkość biegu oscylowała w granicach 2:58-3:02/km. Na 7km pierwsze szarpnięcie i zegarek wskazał 2:54, po czym tempo znowu lekko siadło do 3:03/km. Równo na 10km tak naprawdę zaczęło się ostre ściganie i bardzo mocne tempo – między 10 a 12km daliśmy w 5:45 i już zrobiło mi się ciepło i miałem problem z klejeniem grupy. Motywacji dodawało mi to, że Lashyn stara się kleić, a jak on może to ja też : ) Niestety przed samym 13km na podbiegu i nawrocie obaj pękliśmy i zrobiło się 30-40m straty. No i w tym momencie zaczęły się schody, ponieważ na wspomnianym nawrocie nastąpił w mordę wind niemiłosierny i razem z Dymitrem nie byliśmy już w stanie zniwelować straty, która niestety zaczęła się powiększać. Razem z Ukraińskim mistrzem biegliśmy trochę zrezygnowani po 3:05-3:10/km do 16km i postanowiłem lekko zaatakować i spróbować się oderwać, aby zapewnić sobie ostatnie premiowane 6 miejsce i “fejm” na podium haha. Atak okazał się skuteczny, wystarczyło popracować 1km na Świętojańskiej, aby zrobić sobie bezpieczną przewagę. Ostatnie kilometry to bieg bez historii i tak naprawdę tylko dobiegnięcie w względnym komforcie. Widziałem, że nie mam już szans na lepszą pozycję na mecie, więc rozsądnym rozwiązaniem było po prostu bez większego uszczerbku na zdrowiu dolecieć i zakończyć te męczarnie. Wbiegłem na metę ze słabym wynikiem 64:53, choć nie o wynik od samego początku rozgrywała się tu walka, a o miejsce na mecie.

Po Biegu

Po biegu szybkie przebranie się w suche i ciepłe rzeczy, bo szkoda byłoby złapać infekcję i osłabić organizm jeszcze mocniej. Ponadto łyk ciepłej herbaty, wypowiedzi dla mediów i zupka w “VIP Roomie”.  Łydki miałem tak mocno pospinane i naciągane, że zrezygnowałem z wytruchtania tego startu. Stosunkowo szybko, bo o 12:00 dekoracja pierwszych 6 zawodników i powrót do domu. Już o 14 mogłem cieszyć się wypoczynkiem w swoim najwygodniejszym łóżku na świecie. Nie mniej jednak to nie był dla mnie koniec pracy na dziś, gdyż zostały do napisania plany treningowe dla moich podopiecznych oraz wyczekiwanie na wieści o ich startach 🙂

Podsumowanie

Podsumowując te zawody to nie za bardzo jestem zadowolony z mojego występu. Primo, to miejsce trochę dalekie od wymarzonego i udało się wygrać tylko z jednym Kenijczykiem. Secundo, to wynik na mecie z pewnością nie odzwierciedla mojego aktualnego stanu wytrenowania. Tak naprawdę już po pierwszych wolnych 5km było wiadomo, że 63:30 raczej w moim wykonaniu tutaj nie padnie. Zdecydowanie mam problem z bieganiem na prędkościach 2:50-2:52/km. Podczas ataku Afrykańczyków kwas mi szybko skoczył w górę i byłem ugotowany. Oczywiście mnie to nie dziwi, ponieważ na swobodę na większych prędkościach potrzeba czasu, a ja go za wiele nie miałem, gdyż trenuję dopiero 3.5 miesiąca od złamania. Na tą chwilę myślę, że prędkość 2:57-3:00/km jest tym progiem, który dla mojego organizmu jest akceptowalny na dystansie półmaratonu. Mam równo miesiąc do Poznania, aby ten wskaźnik przesunąć na 2:54-2:57/km. Czy to się uda? Nie wiem, będę  próbować, ale na pewno nic na siłę, ponieważ w tym sezonie najważniejsze dla mnie jest utrzymanie ciągłości treningu przez cały rok, nawet za cenę wyniku na mecie. Tertio, to szkoda, że nie było mi dane osiągnięcia kolejnego brzydkiego zwycięstwa haha, a tak to zobaczyłem nagłówek “Chabowski dopiero szósty” 🙂 Ciekawe, co trzeba zrobić, aby przeczytać np. “Chabowski pierwszym Polakiem na mecie”, albo “Przyzwoity występ Chabowskiego” itp. Cóż, nigdy nie byłem “dupolizem” i “dupowłazem”, więc pewnie muszę się przyzwyczaić do takich tytułów – klikalność musi się zgadzać  haha.

Drogi czytelniku, jeżeli to czytasz to znaczy, że wytrwałeś do końca i tak strasznie Ciebie nie zanudziłem. Dzięki, że wpadłeś i do następnego. Piona !

29060318_1637037093038598_8362157528139943610_o

Maniacka Dziesiątka 2018

Hm? od czego powinienem zacząć dzisiejszy wpis na blogu? Czy o podsumowania obozu w Hiszpanii, czy przejść do rzeczy i od razu zacząć “nawijać” o pierwszych zawodach tego sezonu? Myślę, że jako influencer szanujący czas swoich czytelników : ) przejdę od razu do konkretów, a podsumowanie obozu zostawię sobie na osobny artykuł.

Do Poznania przyleciałem w czwartek prosto z Alicante. Na szczęście nie doznałem szoku termicznego i pogoda w Polsce była nad wyraz akceptowalna. Jeszcze przed wylotem dałem sobie trochę popalić i dołożyłem do pieca z mikrocyklem treningowym. W Ostatnich 11 dniach przed Maniacką zaliczyłem:

-Tempo run 10km – 30:14

-Bieg ciągły 14km – 3:25/km

-Podbiegi 10x200m

-Long Run 26km – 3:38/km

-Pobudzenie siłowe – 10×100 marsz siłowy/100m RTM

-15x400m -66s rest 1:10-1:15

-Szybsze 15km – 3:38/km

Czwartek był dniem podróży i wolnym od treningu. Nogi trochę odpoczęły, a moim zadaniem było złapanie świeżości w ostatnich dniach do niedzieli. Piątek to 10km i 10×100 RTM, sobota natomiast 8km+6×100 RTM. Wiem, że dla wielu natężenie treningu może się wydawać spore. W moim odczuciu takie było, nie mniej jednak start w Poznaniu był dla mnie czysto treningowy – przystankiem do celu. Oczywiście stojąc na starcie zawsze chce walczyć o zwycięstwo, a taktykę dostosowuję do rywali, pogody i własnego samopoczucia.

Niedziela zaskoczyła chyba wszystkich biegaczy temperaturą i świecącym słoneczkiem. Jak to jednak bywa, przy takich nagłych ociepleniach często towarzyszy temu porywisty wiatr. Nie inaczej było w niedzielę, dało się odczuć mocne podmuchy wiatru w drugiej części dystansu. Moim założeniem na ten bieg było się zmęczyć, ale nie wyjechać do “porzygu”, ponieważ tydzień po Maniackiej biegnę półmaraton w Gdyni. Drugi aspekt tego startu jest taki, że niewątpliwie byłem zmęczony po obozie, gdzie nie miałem odnowy oraz był to mój pierwszy start po dłuższej przerwie. Człowiek w takich sytuacjach jednak nie do końca wie, jak jego organizm zareaguje w boju : ) Podsumowując start był czysto kontrolny.

Po tylu latach trenowania podchodzę do startów już bardziej na znieczuleniu. Rywali nie obawiam się w ogóle, natomiast bardziej stresuje mnie wysiłek, który mnie czeka. Nie ma się co oszukiwać, w końcu przyjdzie taki czas, kiedy młodszy zawodnik zacznie mnie ogrywać i powoli się z tym oswajam hehe. Niech próbują, a ja staram się nie dać : ) W Poznaniu pisząc potocznie “na papierze” najgroźniejszym rywalem był dla mnie Adam Nowicki. Do końca nie znam możliwości finiszowych Adama, ale ja na obozie trochę nad tym pracowałem. Z nikim na nic przed biegiem się nie umawiałem. Swoją taktykę uzależniałem głównie od samopoczucia i sytuacji, jaka się wyklaruje na biegu.

Wystrzał startera i poszły konie po betonie. Pierwszy kilometr z górki, więc wiadomo, że będzie szybki. Zegarek wskazał 2:46 i pierwsza myśl, że zapłata za to przyjdzie już niedługo haha. Pierwszy kilometr biegniemy z Adamem obok siebie, ale widzę, że kolega ma dużą chęć prowadzić, więc oddaję mu pałeczkę pierwszeństwa. Międzyczas na 3km wskazuje 8:40, czyli nadal szybko. Biegnie mi się jeszcze w miarę swobodnie, choć czuję już wysoki kwas podniesiony zapewne pierwszym szybkim kilometrem. Mijamy znacznik 5km i 14:35 na zegarku. Nogi mam już trochę mięciutkie i podmęczone, oddechowo jest bardzo dobrze, jednak nogi bez luzu i świeżości. Pojawia się pierwszy kryzysik, choć mój rywal przechodzi także swój, ponieważ tempo spada. Biegnę sobie spokojnie za Adamem i czekam, co się wydarzy. Kolejne kilometry to swobodne bieganie tempem 3:02/km i już wiem, że pobiegnę za rywalem do końcówki i poddaję testom swój finisz. Finisz nigdy nie był moim atutem. Oczywiście nie należę do najwolniejszych zawodników w stawce, ale byli i dalej są zawodnicy ode mnie szybsi na finiszowych metrach. Dlatego jestem znany z nadawania bardzo mocnego tempa od początku do końca, ponieważ chcę uniknąć starć finiszowych i staram się zabić tempem swoich rywali. Bardzo wiele biegów wygrałem w ten sposób. Czasami się nie udawało i dostawałem baty na końcu. Kenijczycy też mnie znali z tego, że biegnę często mocno od początku i to wykorzystywali. Prosty przykład z półmaratonu we Wrocławiu, kiedy dostałem zmianę na 20km, gdzie nadawałem tempo przez cały dystans : ) Drugi to Mistrzostwa Polski na 10km. Mając na plecach dobrych finiszerów np. A. Kozłowskiego, czy R. Kłeczka nie mogłem sobie pozwolić na truchtanie : ) Biegłem mocno swoje i wygrywałem złote medale, a moi koledzy dziwnym trafem zawszy byli drudzy wykorzystując swój finisz : ) Nie mniej jednak są biegi, kiedy trzeba zachować trzeźwość umysłu i pobiec z mniejszym nakładem sił – taki był właśnie w Poznaniu.

Wracając do relacji to ostatnie dwa kilometry to raczej bieg bez historii. Biegnę za rywalem i czekam na to, ile sił uda mi się wykrzesać na ostatnich 500-400m. Postanawiam ruszyć i czuję moc pod kopytem. Rywal nie odpowiada na mój atak, wbiegam na metę bez zagrożenia. Wynik nie powala na kolana, nogi mam zmęczone, oddechowo natomiast czuję się bardzo dobrze. Pierwsza myśl to taka, czy jednak plan treningowy nie był zbyt wymagający? Po głębszej refleksji nie ma to znaczenia, ponieważ wynik na Maniackiej nie był celem, a środkiem.

Co się wydarzyło po biegu? Podziękowałem sobie z Adamem za bieg i poszliśmy na kontrolę antydopingową, gdzie sobie pogadaliśmy o przygotowaniach, o sezonie 2018, o biegu i współzawodnictwie. W internecie na pewnym portalu zrobiła się tzw. “gówno burza” o stylu w jakim wygrałem bieg. Z jednej strony mnie to śmieszy, bo człowiek, który to napisał nie ma pojęcia o bieganiu i rywalizacji na biegach ulicznych. Z drugiej strony zaś, czułem się trochę zirytowany, ponieważ większość środowiska biegowego przez lata mojej kariery zna mnie z tego, że jestem jednym z nielicznych zawodników, którym zawsze zależało na wynikach i mocnym bieganiu na zawodach, które mają znaczenie. Przez wszystkie lata, kiedy trzeba było zdobywać minima na imprezy mistrzowskie, gdzie walczyło się o znaczące laury to ja dyktowałem mocne tempo. Niejednokrotnie szukałem zawodników do współpracy na mitingach i Mistrzostwach Polski do dyktowania mocnego tempa itp. Czemu na MP? Ponieważ wtedy spotykała się grupa najlepszych biegaczy w kraju i często była to jedyna okazja do mocnego biegania.   Żeby nie być gołosłownym podam tylko kilka przykładów:

Pierwsze moje MP na 10000m w Warszawie (chyba 2007r.) Prowadzi podajże Mariusz Giżyński jako pace 4km, po 5km wychodzę i prowadzę bieg jako gówniarz do 9900m i zmianę daję mi na finiszu Michał Kaczmarek – zdobywam srebro. Wynik 28:37

-MP 10000m Kozienice. Przez 3km prowadzi Łukasz Skoczyński jako pace i potem prowadzę bieg do samego końca. Wygrywam z wynikiem 28:44.

-MP 10000m w Kędzierzynie Koźlu – Prowadzę bieg przez 17 okrążeń. Współpracuję na biegu z Henrykiem Szostem. Przez ostatnie 2km zmiany mi jednak nie daje i czeka na końcówkę. Finiszuję w 63s i wygrywam z rekordem życiowym 28:27, Henryk też posiada z tego biegu życiówkę, chyba 28:31.

– Młodzieżowe Mistrzostwa Polski na 5000m – na każdych współpracuję z A. Gardzielewskim, aby zgubić czających się szybszych kolegów. Zawsze jestem drugi i przegrywam na finiszu : ) Arek, na 3 starty z tego, co pamiętam zdobywa tylko raz brąz w Grudziądzu.

-MP 5000m w Bydgoszczy. Prowadzę bieg na początku z A.Gardzielewskim potem samemu do 4700m. Dostaję zmianę od szybkich kolegów i zdobywam 4 miejsce hehe.

Dlatego jak czytam wpisy pseudo portalu i jakiegoś dzieciaka o brzydkim zwycięstwie, to co najwyżej mogę się tylko uśmiechnąć i być do tego zdystansowanym. Oczywiście jeżeli mam taką moc sprawczą to mogę się wypowiedzieć na ten temat na własnym blogu : ) Czemu o tym piszę? Z doświadczenia wiem, że za tydzień już nikt nie będzie o tym pamiętał, bo pamięć kibica jest krótka, natomiast dając się manipulować pseudo dziennikarzynom nabijacie im w kieszeń trochę zaskórniaków podbijając im zasięgi : ) Przecież nie prowadzą tego portalu dla WAS charytatywnie.

To dopiero początek sezonu, a moim głównym celem jest przebiegać go na dobrym poziomie bez kontuzji i przerw w treningu. Drogi czytelniku, trzymaj kciuki i do następnego.