Mistrzostwa Polski 10km-Gdańsk 2019

Bieg Św. dominika – Mistrzostwa polski

Co to był za bieg. Niewątpliwie trudny, zawsze taki jest Dominik. Z jednej strony radość, że wygrałem już 7 raz Mistrzostwo Polski na 10km w biegu ulicznym, z drugiej ulga, że jest już po wszystkim. Szczerze powiedziawszy to większą dominantą było uczucie ulgi od radości 🙂 Przynajmniej tak to odczuwam pisząc tę relację. Trochę może się to wydawać Wam dziwne, ale zrzucam to na karb presji, która zawsze na mnie ciąży, jeżeli chodzi o ten właśnie bieg. Słowem kluczem są tutaj oczekiwania. Z jednej strony zawsze przed tym startem dostaję masę wiadomości od znajomych, kibiców i sympatyków z życzeniami powodzenia i trzymania kciuków, a z drugiej mam też swoich “klakierów”, którzy tylko czekają, aż mi się noga powinie i będą mogli kolejny raz ogłosić koniec Chabowskiego hehe. W tym wszystkim są też własne oczekiwania i cele do realizacji. Media biegowe też podgrzewają przedstartową atmosferę, co jest całkiem normalne, bo taka też ich rola. Dlatego piszę tutaj o jakiejś tam PRESJI i stresie, bo z jednej strony nie chcesz zawieść oczekiwań swoich sympatyków, z drugiej zaś nie chcesz dać satysfakcji swoim oponentom, no i oczywiście innym zawodnikom. Jest jeszcze jeden element, który sprawia, że poziom wydzielania kortyzolu w moim organizmie sięga poziomu HIGH. Tym czynnikiem jest strach przed zmęczeniem. Ja bardziej boję się tego wysiłku i zmęczenia, niż moich przeciwników. Po prostu wiem, co trzeba zrobić, żeby to wygrać, bo robiłem to nie raz i za każdym razem boli. Ja nie lubię bólu, im jestem starszy tym ta ekspozycja na cierpienie przychodzi mi trudniej. Najgorzej jest przegrać z samym sobą, niż z kimś. Wiesz porażka z innym Polakiem na pewno by mnie bolała, ale zdecydowanie bardziej boli perspektywa, że pękłeś, że odpuściłeś. Łatwiej racjonalizować sobie porażkę z przeciwnikiem, niż porażkę z samym sobą.  Jak nie jestem w super dyspozycji to bieganie po prostu boli bardziej, biega się ciężej i boisz się, żeby nie okazało się, że Twoje “cohones” są jednak małe. Wygrywają Ci, którzy potrafią się otworzyć na ból.  

 

Bieg Św. Dominika to trudny bieg, jest ciepło, trasa jest wymagająca, stawka zawsze mocna, a poziom stresu jak już wyżej wspomniałem duży. Trzeba być przygotowanym siłowo, ale też prędkościowo na trudy tego wyścigu. Dlatego zacznijmy może od tego, w jaki sposób przygotowuję się do obrony tytułów mistrzowskich. 

Ostatnie dwa lata są trochę słabsze z perspektywy osiąganego przeze mnie czasu na tej trasie, a jest to spowodowane głównie kalendarzem treningowo – startowym. Jak dobrze wiecie formę sportową trzeba planować i periodyzować swój trening tak, aby szczyt formy był wtedy, kiedy właśnie to planujesz! Rok temu miałem na początku listopada maraton w Libanie, a w tym roku pod koniec października mam ważny wojskowy start w maratonie w Chinach. W obu przypadkach szczyt formy planuję właśnie na maraton i siłą rzeczy nie mogę być w bardzo dobrej dyspozycji startowej na początku sierpnia. Oczywiście nie znaczy to, że nie można się do tego startu przygotować solidnie, co udowodniłem właśnie w ostatnich 2 startach. 

Dziennikarze ostatnimi czasy zadają mi pytanie o to, jaki jest patent na wygrywanie tych Mistrzostw Polski na 10km. Powiem Wam, że nie ma patentu, po prostu trzeba być przygotowanym motorycznie oraz mieć dobrą tolerancję na wysoki kwas mlekowy. No i może trochę “zryty beret” haha, jak wiecie ten termin pojawiał się już w kilku moich wcześniejszych wpisach.  Mój trening w tym okresie jest prosty: dobra podbudowa tlenowo – siłowa oraz wykonanie kilku treningów tempowych przed startem na wysokim “kwasie”. Ci co mnie obserwują na Social Mediach doskonale wiedzą, że dużą uwagę przywiązuję do sprawności oraz treningu siłowego i wydaję mi się, że w tym elemencie wyróżniam się na tle moich kolegów z tras biegowych. Moja koncepcja treningowa pod trening maratoński jest następująca: od prędkości do objętości. Pisząc w bardzo dużym skrócie najpierw operuję na wyższych prędkościach i większych zakwaszeniach krwi, aby następnie zwiększać tą objętość treningu i zmniejszać prędkości wchodząc bardziej w specyfikę maratońską. Nie inaczej jest tym razem. 

Po maratonie w Warszawie miałem zakontraktowane jeszcze dwa starty. Oba wypadły bardzo słabo, znacząco poniżej mojego poziomu sportowego. Zdecydowałem się lekko zresetować i odpocząć. Do normalnego treningu wróciłem w połowie czerwca. W te 1.5 miesiąca wykonałem następujące mocne akcenty treningowe: 

–  10x1km lac. 8.7

–  3x2km+4x1km lac. 8.9

– 12x400m 

– 2/1600/1200/800/400 lac. 9.7 

– 3k/2k/1k x2  lac. 9.7 

10x500m 

Jak widzicie wszystkie wartości są bardzo wysokie, co spowodowane jest wysokimi prędkościami jak na stan mojej formy. Dla mnie wartości 8-10 mmol/l to są wartości maksymalne, ja po prostu nie jestem w stanie się wyżej zakwasić, co znaczy, że te treningi były dla mnie bardzo trudne, bardzo mocno obciążające organizm. To właśnie na takich treningach pracuję też nad odpornością psychiczną itp. Oczywiście z takim podejściem wiąże się ryzyko lekkiego przegięcia i spadku formy, ale mam już bogate doświadczenie i wiem, co mój organizm toleruje, a co jest już przesadą. Kolejną kwestią jest zabezpieczenie odnowy biologicznej i tutaj ogromne podziękowania dla Adama Makowskiego z Factory Med w Wejherowie oraz Andrzeja Magiera z Gdyni. To właśnie Ci panowie dbają o to, aby moje mięśnie podołały temu reżimowi treningowemu. 

Trening wytrzymałem w zdrowiu, ostatnim akcentem było pobudzeniowe 10×500 rest 1:30. Od środy już robiłem spokojne wybiegania i oczekiwałem w stresie startu. Do Gdańska standardowo jechałem SKM, aby nie pchać się autem w zakorkowany Gdańsk. Tym razem w kolejce głównie drzemałem. Na starówce jak zwykle zjawiam się punkt 15:00, czyli na 2.5 godziny do startu i odbieram numer startowy. Odbieram numer 1 i kolejny bonus do stresika, kortyzol znowu w górę 🙂 Poważnie, nawet numer 1 jest dodatkowym stresorem. Zaszywam się, co rok w tej samej norze i nie powiem Wam gdzie 🙂 To najtrudniejszy dla mnie czas. Mam 1.5 godziny sam ze sobą, aby odpowiednio się zmotywować do ogromnego wysiłku, który mnie czeka. Sposoby mam różne, ale niestety głównie bazuję w tym biegu na negatywnych emocjach. Są starty, że motywuję się w zupełnie inny sposób, ale na Dominika zawsze muszę obudzić w sobie bestię. Robię krótki rachunek sumienia z ostatniego czasu, z ostatnich startów i równo godzinę przed startem idę na rozgrzewkę. Standardowo jest to dla mnie Easy 4km+spr+5×100 RTM. 

Stawiam się na prezentację elity. Ja osobiście izoluję się od grupy, czas przed startem spędzam sam, rozgrzewkę robię sam, a moi koledzy rozgrzewają się często razem. Zawsze wkręcam sobie, że ustalają strategię na mnie haha. Będąc jednak poważnym to często jest to spowodowane prędkością mojej rozgrzewki. Ja po prostu truchtam po 3:50/km, aby odpowiednio pobudzić swój system nerwowo – mięśniowy, co większości zawodnikom nie odpowiada. To mi odpowiada i tak robię, wyjątkiem jest maraton, gdzie truchtam trochę wolniej. Wracając do prezentacji, witam się z moimi przeciwnikami, jak zwykle żartuję sobie chwilę z Tomkiem Grycko, który ma fajny dystans do biegania i oczekuję wystrzału startera. 

3..2..1…bum. Poszli. Na moje szczęście Kenijczycy zaczynają grubo i od samego początku narzucają naprawdę mocne tempo. 1km w około 2:45-2:46 i już jest mi ciężko. Na treningu operowałem głównie prędkościami 2:50/km. Wszyscy lecą w zwartej grupie i nikt nie odpuszcza. Myślę sobie acha, jednak nie dadzą mi lekko tego wygrać. 2km trochę wolniej 2:53, ale to dalej dla mnie zbyt mocno, na tej trasie w tej formie. Zaczynam lekko puszczać, ale motywuje mnie do trzymania tempa A. Gardzielewski i Sz. Kulka, którzy w tym momencie biegną metr przede mną. Myślę sobie, że to dopiero 2km, a oni lecą, za wszelką cenę nie mogę puszczać. Kenijczycy niestety zaczynają powoli nam odchodzić i robi się luka 20-30m. 3km to spadek tempa i wychodzę na prowadzenie. Jest mi ciężko na maxa, ale myślę sobie, że tempo spada, bo oni są zagotowani na maxa! Kontrolki palą mi się na czerwono po tym szalonym początku, ale odpalam protokół “rycia beretu” i za wszelką cenę utrzymuję tempo 2:55-2:57/km. Zaczynam pracować mocniej rękoma i powoli uciekam innym Polakom. Motywuje mnie co chwilę doping kibiców i słowa wsparcia od znajomych i nieznajomych, napędza mnie też fakt, że im uciekam. W głowie tylko “utrzymaj kadencję”, “równy mocny rytm”. Boli, przebiegam przez metę i widzę aż 6 okrążeń do mety, a ja mam już dość. Przychodzi kryzys mentalny, mimo przewagi jakiejś tam, nie wiem jakiej, bo nie obracam się za siebie, głowa wmawia mi, żebym zwolnił, albo zszedł. Zaczyna się dialog wewnętrzny, ale konkretnie jaki zachowam dla siebie 🙂 Pewnie opiszę kiedyś w książce. Mimo ogromnego dyskomfortu zaczynam myśleć o tym, że nie mogę tego wypuścić teraz z rąk, bo piszę właśnie piękną historię, bo oni też cierpią, bo zostało już tylko 5 okrążeń 🙂 I w tym swoim bólu mijam kolejne metry, motywuje mnie doping kibiców i bliskich, myślę nawet o moim Aronku, że czeka na mnie w domu i tęskni 🙂 Na 3km do mety wiem już, że wystarczy dobiec, aby obronić tytuł, że nie dam rady dogonić drugiego Kenijczyka. Skupiam się na tym, aby nie podkręcić nigdzie nogi na nierównych fragmentach trasy, skupiam się na tym, aby nie przeforsować się na 9km i nie złapać bomby na ostatnie koło. Dobiegam do mety i dopiero schodzi ze mnie ciśnienie, potworna ulga, że już koniec i ten koniec jest dla mnie szczęśliwy.

Wykonałem plan minimum i obroniłem tytuł Mistrza Polski na 10km. Kurczę myślę sobie, że to naprawdę kawałek dobrej historii, 7 startów i 7 złotych medali, 100% skuteczności. Staram się podchodzić do tego zdrowo-rozsądkowo, bo przecież ten medal nic w moim życiu nie zmienia. Żona oczywiście się cieszy, ale zaraz sprowadza mnie na ziemię dodając, że jutro czeka mnie sprzątanie chaty haha. Ja oczywiście oponuję, że nie ma szans, bo jutro pracuję jak co tydzień nad analizą planów treningowych moich podopiecznych i mam cały dzień pracy w formacie: plany treningowe/ trening własny/ masaż u Andrzeja/ plany treningowe 🙂 Dochodzimy do konsensusu, że dostanę obiad, ale sprzątam w poniedziałek 🙂 

Podsumowując ten wpis to powiem WAM, że jestem najbardziej dumny z tego, że trenując sam siebie od 2014r daję naprawdę radę. Trenowanie siebie i innych to nie jest proste zajęcie. W tym czasie udowodniłem niejednokrotnie, że jestem skuteczny, miałem formę, kiedy planowałem i trochę sukcesów zdobyłem np. IV miejsce ME w półmaratonie, rekord życiowy w połówce, medale na maratonach wojskowych, medale MP itp. Po prostu mimo upływających lat utrzymuje swój poziom sportowy, co nie każdy potrafi. Nie zdarzył mi się jakiś cały fatalny rok, gorsze starty owszem, to normalne, bo nikt nie jest robotem, ale każdy rok przez ostatnie 5 lat był na dobrym poziomie. Oczywiście liczę na to, że będzie jeszcze lepiej i jeszcze się poprawię np. w maratonie i półmaratonie, ale jak wiemy, wiele czynników na to wpływa. Póki jestem zdrowy to będę walczyć o szybsze bieganie. Czy samego siebie ciężko się trenuje? I tak, i nie. Są momenty cięższe, kiedy trening nie idzie jak się planowało, ale najważniejsze mieć wizję i dobrą strategię, pomysł na siebie, a jak coś się pierniczy, to pomaga moje duże doświadczenie. Nie może być za lekko, im większe wyzwanie tym później większa satysfakcja, że potrafiło się wyjść z bagna w miarę suchą stopą. Dużą satysfakcję czerpię też z trenowania innych, w sobotę trochę moich podopiecznych nabiegało naprawdę fajne wyniki na tej trudnej trasie w Gdańsku. Oczywiście nie będę sam sobie wystawiał laurki i pisał, że każdy się zawsze poprawia, bo tak nie jest i takie rzeczy w życiu się nie zdarzają. Nie mniej jednak sądzę, że moja skuteczność w treningu amatorów oscyluje na poziomie 85%. Wyniki głównie biorą się z sumienności, zdrowia i dobrze dopasowanego treningu pod własne możliwości. Dlatego na zakończenie  tego serdecznie WAM życzę 🙂   Zdrowia i do usłyszenia! 

 

UDOSTĘPNIJ: