Glasgow Half Marathon – 62:24 PB !!!

Na rekord życiowy w półmaratonie przyszło mi czekać długo, za długo, bo aż 7 lat. Co prawda byłem już przygotowany na poprawę wyniku z 2011r. znacznie wcześniej, jednak zawsze napotykałem jakieś przeszkody na mojej drodze. Raz nie trafiłem w bieg i pogodę, raz złamałem kość śródstopia podczas biegu, a innym razem nie ukończyłem z powodów jelitowo-żołądkowych 🙂 Tym razem mimo niesprzyjających warunków z powodu silnego wiatru nie wypuściłem szansy z rąk i cisnąłem do końca poprawiając życiówkę tylko o 2s, ale jednak to życiówka 🙂 Może zacznijmy od początku.

Po Mistrzostwach Polski na 10km z początku sierpnia zacząłem przygotowania do Wojskowych Mistrzostw Świata w maratonie, które pobiegnę 11 listopada w Bejrucie. Planując cały okres przygotowawczy trwający 14 tygodni uwzględniłem mocny start właśnie w Glasgow, a mój menager dostał z góry postawione zadanie załatwienia tego startu, nawet za przysłowiowy “ticket” i hotel. Zależało mi na mocnym biegu na 6 tygodni przed maratonem. Oczywiście nie wiedziałem, że trasa do łatwych nie należy, ponieważ sugerowałem się tylko uzyskiwanymi rezultatami z lat ubiegłych, które były naprawdę dobre. Nie wziąłem jednak pod uwagę, że goście, którzy pobiegli tam 61min potrafią też pobiec 60 z groszami hehe.

Cały sierpień skupiłem się na zwiększeniu objętości treningu i adaptacji organizmu oraz aparatu ruchu do większego kilometrażu. Było dużo siły na siłowni, długich treningów zmiennych pod progiem i lekko nad progiem przemian metabolicznych, a także długich biegów. Robiłem w tym okresie mało treningu tempowego, a bardziej skupiałem się nad poprawą przemian tlenowych. Większość miesiąca spędziłem w Szklarskiej Porębie, gdzie przyznam szczerze nie lubię trenować. Po tylu latach męczy mnie to miejsce i jadę do Karkonoszy jak za karę, ale jak wojsko wzywa i ma się rozkaz to nie ma przebacz. W Wejherowie mam dobre trasy do biegania i wychodzę z założenia, że jak mam już gdzieś wyjeżdżać na obóz to tylko w wysokie góry.

We wrześniu charakter mojego treningu się zmienił. Przez 3 tygodnie zrobiłem naprawdę dobry wymagający program i kilka mocnych jednostek, doszły też szybkie long run po 3:30-3:15/km. Zmienił się charakter treningu siłowego, wpadły treningi tempowe nad progiem itp. Wzrosła zarówno objętość treningu jak i natężenie. Szalenie istotna była w tym okresie odnowa biologiczna i regeneracja. Tutaj duże podziękowania dla Adama z Factory MED, oraz Andrzeja M z Gdyni, którzy pomagają mi w przygotowaniach i utrzymaniu zdrowia. Mocny trening przytrzymałem do środy 26.09, kiedy wykonałem ostatnią mocną jednostkę treningową, po czym odpoczywałem już do niedzielnego startu czekając na “luz” w nogach.

Do Glasgow wyleciałem w piątek. Wydaje się to być rzut beretem, jednak brak bezpośredniego połączenia tanimi liniami generuje długą podróż (8h). Spotkałem w hotelu Monikę Stefanowicz i umówiliśmy się na wieczorny trening. Zrobiłem sobie easy 10km +10×100 RTM. Sobota minęła mi na odpoczynku, czytaniu książki oraz analizie planów treningowych podopiecznych. Zrobiłem także rozruch Easy 6km+spr+5×100 RTM. Miałem też bardzo miły “coffee time” z moimi podopiecznymi ze Szkocji, gdzie porozmawialiśmy o treningu i planach na przyszłość. Odprawę techniczną, czyli tzw. technical meeting mieliśmy wieczorem o godzinie 19, a następnie zjedliśmy węglowodanową kolację. Po powrocie do pokoju siedziałem prawie do północy, bo odpoczywając cały dzień nie mogłem zasnąć : ), więc oglądałem kolejny odcinek serialu.

Od samego przylotu do Szkocji wiało. Wstaję w niedzielę rano, patrzę na flagi przez okno i dalej wieje. Start biegu zaplanowany na 11:30. Im słońce bardziej wznosi się nad horyzont tym bardziej wieje. Śniadanko i herbatka, ponieważ w dzień startu nie piję kawy. Już o 8:30 mamy wyjazd autokarem na miejsce startu. Na nasze szczęście oczekujemy na start w hotelu zaraz przy linii startu. Także mamy ponad 1,5 godziny relaksu, leżenia i czekania do wyjścia na rozgrzewkę. Zakładam słuchawki, odpalam YT i oglądam sobie swoje materiały. Staram się nie myśleć o biegu, a bardziej przełączyć na tryb “oszczędzaj baterię”. Tradycyjnie przed wyjściem na rozgrzewkę odpalam swoją “kotwicę” i ładuję poziom motywacji na jak najwyższy level. W psychologii nazywa się to właśnie “zakotwiczeniem”. Mam swój specjalny materiał, który tradycyjnie oglądam przed każdym wyścigiem. Równo na godzinę przed startem wychodzę na rozgrzewkę. Pełne skupienie, na nikogo nie patrzę, z nikim nie gadam i robię swoje. Rozgrzewkę zawszę robię sam, a  znajomi mówią mi, że wyglądam wtedy jakbym chciał kogoś “zamordować” : ) Jest dość chłodno, około 10 C no i oczywiście wieje! Czuję się dobrze, biegam sobie 3,5km po 4:00-3:50, na rytmach czuję lekkie nogi, czuję moc.

Stoimy przed linią startu i mamy prezentację elity. Na starcie wśród mężczyzn kilka mocnych nazwisk. Thomson, vice mistrz Europy z życiówką 61:00, młody Szkot Luke Traynor z wynikiem z tego roku 61:57, Włoch marokańskiego pochodzenia, który teraz z Berlina wrócił z brązem w maratonie z życiówką 62:13, mój współlokator z Rumunii z rekordem życiowym z tego roku na 10000m 28:25 oraz mocny Australijczyk. W ogóle nie myślę o rywalach, niczego się nie boję oprócz zmęczenia, aby w trudnych momentach nie pękać, tylko żeby głowa chciała się zmęczyć. 3 2 1 i strzał. Zaczynamy mocnym 400m podbiegiem, naprawdę mocnym, a nie jakąś tam góreczką. Mimo to 1km w 2:59. Analogicznie następny jest z górki i zegarek pokazuje 2:52! Thomson naparza solówkę, a ja zaciskam zęby i trzymam z Traynorem. Odwracam się do tyłu i grupa mocno z tyłu, więc wiem, że muszę trzymać i nie ma zmiłuj, bo zostanę sam, a jest mega wiatr. Czuję się dobrze i trzymam plecki, a mimo to czuję jak wiatr nas wygina, jak jakieś cienkie tyczki, jakby ich korpusy w ogóle nie chroniły mnie od naporu zimnego wiatru. Dobiegamy do 3km i znowu mocny podbieg pod wiadukt i myślę sobie, cholera jaka ciężka trasa, a zegarek wskazuje 2:53. Jest szybko, czuję się jakby to był bieg na 10km, a nie połówka hehe. Oddechowo czuję się naprawdę dobrze, ale nogi czują prędkość. Thomson biegnie jak szalony i 4km w 2:47, mam powoli dość. Dobiegamy do 5km i mam problem ze sklejeniem, ale trzymam. Mijamy znacznik i na zegarku 14:28, a za sobą mamy naprawdę dwa mocne podbiegi. Takiego otwarcia nie miałem w tym roku na 10km : ) Niestety Thomson nie zwalnia, a ja tak. Ewidentnie mnie przykwasiło i dwójka Brytyjczyków mi odjeżdża. Widzę, że Szkot też nie klei Thomsona i robi się miedzy nami przerwa. Każdy już od 6km biegnie sam i między nami są różnice 30-50m. Walczę raz z bocznym wiatrem, raz biegnę pod wiatr. Widzę, że prędkość mi spada choć próbuję utrzymać poziom 2:57-2:58/km. Mobilizuję się, staram się trzymać tą prędkość, ale niestety wbiegam na ciężki teren do parku i zwalniam, zegarek pokazuje 9km w 3:06. Lecę podmęczony profilem trasy, a przede mną wyrasta kolejny mocny podbieg w parku tuż przed samym 10km. Myślę sobie “no kur…..ile jeszcze” i notuję kolejny wolniejszy kilometr w całym biegu 3:04, choć międzyczas 10km napawa mnie optymizmem – 29:36. Druga piątka masakrycznie wolno (15:08), nie mniej jednak zaczynam łapać wiatr w żagle i kręcić mocniej nogami. Przede mną kręta trasa i pełno zakrętów, ale dość płasko do samej mety.

Doganiam Traynora na 12km. Bez chwili namysłu go wyprzedzam i atakuję jeszcze trochę podkręcając tempo. Skracam krok i mocno pracuję ramionami. Wiem, że warto pocierpieć mocniej, aby Szkot nie przytrzymał i dalej lecieć na drugim miejscu ze spokojną głową, niż mieć rywala na plecach.  Luke próbuje kleić przez cały następny kilometr, ale w końcu daje na wygraną, wie, że nie da rady. Trójka między 10 a 13km wyszła w 8:52 i na 14km znowu ściana wiatru, gdzie biegnę zgięty w pół  3:03. Przed 15km wybiegamy z parku i w końcu skręcamy w ulicę, gdzie wiatr zaczyna wiać nam w plecy. 15km pokonuję w 2:57 (międzyczas 44:29) i czuję, że jest jeszcze pod nogą! Chcę wykorzystać to, że biegnę z wiatrem i naparzam bardzo mocno notując 16km w 2:48! Jest płasko jak na stole. Po tym mocnym akcencie znowu skręcamy w lewo i dostaję w pysk takim czołowym wiatrem, że lecę przez kolejne 500m max 3:15/km! Na nasze szczęście kolejny zakręt i czołowy wiatr zamienia się w boczny i notuje kolejny 1km w 2:57, ale tutaj było mega ciężko, chyba najtrudniejszy moment na trasie dla mnie. Biegnę dalej z bocznym wiatrem i  mijam marker 11 mili i zostały tylko dwie. Wmawiam sobie, że to tylko 2km do mety, a nie 2 miele : ) Nogi już ciężkie, ale wbiegam na odcinek z wiatrem do mety. W głowie myśli “kadencja”, “równy głęboki oddech”, “transferuj w przód”. Jest ciężko, ale widzę, że Thomson słabnie, a ja się zbliżam, widzę to i mnie to motywuje. Rozluźniam ręce odpalam swoją “kotwicę” w głowie i napierdalam, bo jest z wiatrem! 17km 2:57, 18km 2:56, 19km 2:57, 20km 2:55, nogi siadają, piana z ust się toczy, ale tylko 1km do końca. Chcę już stanąć, ale to tylko 1.1km do końca, od tego 17km w ogóle nie patrzę na zegarek tylko skupiam się na technice i na sobie. Biegnę i widzę znacznik 400m, jednak nie mogę się już zmusić do finiszu, dobiegam do znacznika 200m do mety i teraz już muszę odpalić nitro doładowanie, ostatnie zapasy, która mam w sobie. Wpadam na metę z wynikiem 62:24 i poprawiam rekord życiowy po 7 latach!

Jest zmęczenie oddechowe, jest satysfakcja, ale po chwili też duży niedosyt, ponieważ przy innych warunkach atmosferycznych złamałbym 62min. To jest pewne, a mój pogląd podziela także Thomson w namiocie elity. W rozmowie utwierdza mnie, że powinniśmy odjąć sobie od tego wyniku po 30-40s, nie wspominając już o trudnej trasie. Sprawdzam sobie w zegarku międzyczasy i 21km miałem w 2:51! Była moc, było z czego biegać i szkoda trochę tego biegu, bo 61:55 wygląda już zgoła inaczej : ) Po 20min od ukończenia biegu mieliśmy dekorację, następnie napiłem się ciepłej herbaty, zjadłem ciastko i ruszyliśmy do hotelu na obiad.

Pogadałem sobie trochę z Chrisem. Przygotowuje się do NY maraton i zjechał na start prosto z wysokich gór. Trzeba przyznać, że miał dobry dzień i pobiegł super, ale jak sam przyznał spodziewał się trochę lepszego wyniku i chciał złamać też 62min, jednak cały bieg na prowadzeniu i walka z wiatrem go dzisiaj pokiereszowały. Jego przypadek jest po prostu potwierdzeniem tego, że dobrzy zawodnicy trenują w górach i to ich przesuwa na wyższy poziom. Analogicznie do mojej osoby to wiem, że cudów nie ma i trenując w Wejherowie nie da się osiągać kosmicznych wyników. 62min to solidny dobry wynik, ale w Europie już nikogo nie powala. Chcesz biegać szybciej to musisz trenować z lepszymi od siebie gośćmi, trenować z nimi w górach i przełamywać swoje granice. I nie mam na myśli jednego wyjazdu w roku, ale cykl 5-6 zgrupowań w ujęciu rocznym. Planujesz sezon startowo-treningowy i między szybkimi biegami po prostu trenujesz na wysokości, gdzie masz też stałą opiekę fizjoterapeuty. Drugim rozwiązaniem jest przeprowadzić się w takie miejsce i po prostu zjeżdżać na starty, jednak w moim przypadku jest ono niemożliwe. Wystarczy prześledzić profile SM najlepszych w Europie, aby przekonać się o prawdziwości moich słów. Mnie tymczasem pozostaje dalej robić swoje i realizować swój pomysł na swoją osobę w warunkach jakie mam. Jestem wdzięczny, że mam partnerów, stałego fizjo, który dba o mnie, ale żeby podbijać Europę to jednak za mało : ) Za 5 tygodni start w Libanie i dystans maratoński do pokonania. Warunki będą Afrykańskie, ale moim celem jest bycie wysoko na mecie, może nawet TOP 3. Trzymajcie kciuki za moje zdrowie i do następnego.  

Wyniki:

Chris Thompson 62:07

Chabowski Marcin 62:24

Luke Traynor 62:56

Michael Shelly 63:43

Johnny Mellor 64:51

Tsegai Tewelde 65:30

Yassine Rachik 66:01

Nicolae Soare 66:06

 

UDOSTĘPNIJ: