owm 2019 hires-237 (3)

Warsaw Marathon 2019

     Od czego by tu zacząć? Tyle emocji, zwrotów akcji, pozytywnych i negatywnych komentarzy, zwycięstw i porażek. Może od końca? Zostałem Mistrzem Polski w maratonie! Dziękuję i dobranoc. Koniec 🙂 Gdyby to było takie proste to świat byłby lepszym miejscem, wszyscy byliby szczęśliwi i bogaci. To może jednak zacznę od początku, bo wiem, że jest dość spora grupa osób, która czeka na ten wpis.

     Początek chciałbym zacząć od krótkiego opisu przygotowań do tego maratonu. Nie były idealne, mogły być lepsze, zostaje pewien niedosyt, bo jestem perfekcjonistą i chciałbym robić wiele rzeczy lepiej, efektywniej, jednak z tym budżetem, którym dysponuję staram się wyciskać jak najwięcej, do ostatniej kropli. Do pełnego zadowolenia z przepracowanego cyklu przygotowań zabrakło mi jednego 3 tygodniowego mezocyklu, a wszystko przez chorobę, która wyłączyła mnie z treningu na cały tydzień w BPS-ie. Przez tydzień chorowałem, potem tydzień do siebie dochodziłem, a rzecz miała miejsce na 8 tygodni do docelowego startu. Te komplikacje spowodowały, że trzeba było się śpieszyć z treningiem i trochę ryzykować, a uwierzcie mi, że maraton nie lubi pośpiechu, ani ryzyka. Przez taki obrót spraw trenowało mi się bardzo mocno w kratkę, mam na myśli, że miałem okresy dobrego samopoczucia przeplatanego dużym zmęczeniem i zniechęceniem. Zdarzyło się też do jednego treningu tempowego nie podejść, a 2 mocnych jednostek nie ukończyć i zdjąć buty. Są to trudne sytuacje, ponieważ potrzeba doświadczenia i wyczucia, kiedy możesz sobie pozwolić odpuścić, a kiedy trzeba zacisnąć zęby i męczyć wait for it “konia” 🙂 W idealnym świecie byłbym na 2 zgrupowaniach po 5-6 tygodni w wysokich górach przeplatanym jednym zgrupowaniem w Hiszpanii na mocne akcenty tempowe z pełnym zabezpieczeniem odnowy biologicznej. Jaka była rzeczywistość? Posłuchajcie.

     Do początku lutego trenowałem w mroźnej Polsce, a w weekendy realizowałem dodatkowo swoje autorskie szkolenia #chabowskiathletictrainingsystem. Kto w tym okresie trenował, to wie jaka pogoda była w styczniu i z jakimi zimnymi porywistymi wiatrami trzeba było się zmagać. Wykonywałem głównie jednostki w przemianach tlenowych i mieszanych pod progiem, były to głównie biegi steady run, zabawy biegowe oraz dużo siły. Z powodu temperatury i wiatru było mi ciężko rozwinąć wyższe prędkości, więc trenowałem głównie do prędkości 3:20/km. Na początku lutego wyleciałem do Hiszpanii na zgrupowanie do Grant Alcant, gdzie przez 5 tygodni wynajmowałem sam apartament, wynająłem auto i cała logistyka była na mojej głowie. Koszt tego zgrupowania zamknąłem w kwocie około 8 tys zł. Przyleciałem, potrenowałem 2 dni i co? I klops, dopadło mnie zapalenie oskrzeli i przez 5 dni nie wyszedłem z apartamentu. Gorączka, kaszel taki, że myślałem, iż wypluję własną krtań, następnie tona flegmy w zatokach. O antybiotyku nie mogło być mowy, jeżeli marzyłem o dobrym występie w Warszawie. Po 5 dniach wolnego zacząłem truchtać osłabiony, a było tak słabo, że co chwile zatrzymywałem się na atak kaszlu i odruchy wymiotne by wydzielać z siebie przez gardło flegmę. I tak oto zmuszony byłem trochę trenować na siłę, bo czas naglił, bo trzeba wchodzić w prędkości startowe, bo połówka w Gdyni zakontraktowana, bo maraton itp. Powiedziałem sobie, że to ostatni dzwonek na mocny trening i jak mi jeszcze coś wypadnie po drodze, to będę musiał zrezygnować z maratonu, a byłem tej decyzji bardzo bliski.

     Kolejna sprawa to inna periodyzacja treningu. Nie mogłem zastosować klasycznej metody periodyzacji nieliniowej, którą zazwyczaj stosuję,  a musiałem podejść typowo liniowo i zafundowałem sobie 4.5 tygodnia ciągłej młucki treningowej praktycznie do samego startu w Gdyni. Momentami było ciężko, bo w Hiszpanii miałem mocno ograniczony dostęp do fizjo, który oddalony był ode mnie o 45km. Wiele treningu zrobiłem na zmęczeniu mięśniowym, przez 2 tygodnie kaszlałem, niedzielne long runy często męczyłem niemiłosiernie na zbombionych nogach po treningach tempowych. Oj dużo cierpienia miałem w tej Hiszpanii, z jednej strony walka z wiatrem na tempach, z drugiej adaptacja do prędkości i przyzwyczajanie organizmu do akumulacji kwasu mlekowego. Jednostki tempowe jakie udało się wykonać w Hiszpanii to: 12x1km, 6x2km, 4x3km, 10km Tempo Run, 2x10x500m, 2x6km. Podziękowania dla Pawła Ochala, że jak tylko był też na treningu z Olgą to pomógł pod wiatr na rowerze przeżyć szybki odcinek. Wróciłem do domu 10 marca na tydzień do półmaratonu w Gdyni i byłem zmęczony. Musiałem podjąć trudną decyzję, czy odpuścić i luzować do startu, czy jednak dalej ciągnąć robotę, wiedząc, że przez choróbsko trochę pracy uciekło. Postanowiłem realizować drugi scenariusz i dalej ciągnąć trening, a wyglądało to następująco:

9.03 Long run 31k under 3:30 – ostatni 1km 2:50

10.03 Podróż wolne

11.03 I Easy 10km+spr+10×300 BPG+2km TR II Easy 10km+spr

12.03 I Easy 4km+12x1km 2:55-2:57 rest 2’+2km TR II Easy 10km+spr

13.03 Long run 25km – avg 3:33/km

14.03 I Easy 10km+spr II Easy 10km+spr

15.03 Easy 10km+10×100 RTM

16.03 Easy 6km+5×100 RTM

17.03 Start 21k

     Efekt tego mikrocyklu był taki, że na biegu po 6km miałem dość wszystkiego, bo nogi miałem jak beton. Przed startem wyznaczyłem sobie cel 63:30-63:20, ale tego dnia nawet to było dla mnie za dużo. Oddechowo leciało się dobrze, ale miałem niemoc w nogach. Od 18km leciałem już, aby tylko dobiec i prawdę powiedziawszy odpuściłem trochę, żeby nie dowalać organizmu. Nie miało dla mnie znaczenia, czy wynik na mecie pokaże 63:50, czy 64:15, bo miejsce i tak miałbym to samo. Myślami byłem już dalej przy maratonie. Nie da się być w gazie cały czas i czasami trzeba poświęcić jeden bieg kosztem drugiego. Gdybym nie choroba, pewnie półmaraton w Gdyni potraktowałbym inaczej, bo nikt nie lubi biegać poniżej swojego poziomu.

     Po półmaratonie zostały równo 4 tygodnie do startu w maratonie. Dla mnie to jeszcze jeden mezocykl treningowy i łapanie luzu, czyli tapering (jak ja nie lubię tego zwrotu). Już w środę, czyli 3 dni po połówce biegałem trening tempowy 1km/1km – 16km, a w piątek 35k po 3:21/km. Ostatni etap przygotowań jest trudny, bo nie można przedobrzyć z treningiem, a z drugiej strony nie można też za wiele “wypuścić” z treningu. Ja osobiście w tych ciężkich dla mnie przygotowaniach zacząłem łapać luz na 8 dni do startu, a ostatni trening tempowy wykonałem w piątek na 9 dni do godziny zero. Jeszcze w piątek na 2 dni do biegu miałem jakieś takie ciężkie nogi, co często zresztą jest dobrą oznaką przed startem.

     W Warszawie pojawiłem się w czwartek. Musiałem wcześnie rano wstać o 4:45, aby zdążyć na konferencję prasową, która zaplanowana była na 11:00. Sama konferencja szczerze powiedziawszy bez fajerwerków, każdy z zaproszonych zawodników dostał dwa krótkie pytania i tyle. Znacznie bardziej ciekawie było po konferencji, kiedy można było udzielić bardziej treściwych wypowiedzi dla portali branżowych. Bezpośrednio po media day wybrałem się na trening do Warszawskich Łazienek Królewskich i tak mi zleciał czwartek.

     Piątek także jeden trening, lekkie jedzenie i dzień bez historii. Sobota to poranny rozruch, dalej leżenie i odprawa techniczna przed biegiem. Przygotowywanie stroju startowego, plecaka na wyjazd oraz butelek na punkty odżywcze, bo w dzień biegu trzeba było wstać o 5:00, aby znieść przygotowany izotonik do przewozu na punkty odżywcze, a śniadanie zaplanowałem sobie na 5:30. Następnie zbiórka w lobby hotelowym przed 7:00 i wyjazd autobusem miejskim na narodowy. Na miejscu byliśmy o 7:30, a 8:10 rozpocząłem swoją rozgrzewkę przed startem maratonu.

     Był lekki stresik przed, bo to jednak maraton, a nie jakiś spacer, a dodatkowo zadaniem było pobiec solidny wynik 2:11:00. Stojąc na starcie wiedziałem, że lekko nie będzie przez ten cholerny wiatr i dwa mocne podbiegi na trasie, ale powiedziałem sobie też w głowie, że “jak nie ja to kto” 🙂 Dla mnie osobiście największym zmartwieniem przed maratonem jest zawsze uniknąć problemów jelitowo – żołądkowych i kolek. Jak na trasie nie mam takich problemów to zazwyczaj jest dobrze.

     Krótka prezentacja faworytów, w której miałem przyjemność uczestniczyć, przybijanie żółwików z kolegami na linii startu, odsłuchanie Polskiego Hymnu i 3,2,1 START. Pacemaker miał w kontrakcie, aby przebiec 30km z opcją do 32km w tempie 3:06-3:05/km, a połówkę mieliśmy minąć w 65:30, czyli na wynik 2:11-2:11:30. Pierwsza piątka pod wiatr i jest dobrze, biegniemy równo i mijamy znacznik w czasie 15:28. Po chwili zaliczamy nawrót i zając zaczyna wariować! Kilometry naparza po 3:00, a to jest naprawdę duża różnica i posłużę się tutać porównaniem: to tak jakbyś przez pierwsze 5km jechał ekonomicznie na 2000 obrotów i spalał 7l/100km i raptem docisnął pedał gazu do 3000 obrotów i ciągnął z baku 10l/100km. Zając prowadzi, Gardziel biegnie za nim i wygląda świetnie, bardzo luźno, więc się nie odzywam, bo widzę, że kolega wygląda, jakby robił rozbieganie. Myślę sobie, że może będzie dobrze, w końcu czuję się nawet całkiem nieźle. 10km mijamy z czasem 30:32, czyli kolejną piątkę przebiegliśmy w 15:04, co moim zdaniem jest głupotą, ale nie miałem wyjścia, bo za nami już nikogo nie było. Z perspektywy czasu mam trochę za złe Arkowi, że nawet słowem się nie odezwał do zająca żeby zwolnił, ale jak sam mówił po biegu, że w tym momencie biegu czuł się niesamowicie lekko. Biegniemy dalej i kolejne 2km przebiegamy w 6:02 i ja już powoli zaczynam mieć problemy z tym tempem. Biegnę trochę zły, ale staram się kleić, bo w pewnym momencie puszczałem kolegów na 3-4m. Mijamy 15km i na zegarze 45:53, co daje kolejną piątkę w 15:21, czyli dalej szybko i mocno. W tym momencie biegnie mi się bardzo dobrze oddechowo, choć nogi odczuły szybką dychę między 5 a 15km. Do 19km trzymamy tempo 3:03-3:04/km i dobiegamy do pierwszego ciężkiego podbiegu na trasie i tam zaliczamy kilometr w 3:18, czyli na samym jednym kilometrze tracimy aż 15s. W tym momencie z grupy odpada Arkadiusz Gardzielewski, tak nagle gaśnie, co nie ukrywam mnie zdziwiło bo do 18km wyglądał, jakby miał pobiec 2:10 w tym biegu z uśmiechem na ustach, sam nie wiem, co się tam wydarzyło i ciekawi mnie jego ocena sytuacji.

Dobiegam do połówki z czasem 1:04:36, czyli o wiele za szybko. Zostałem sam z zajęcem, ale czułem się bardzo dobrze oddechowo i nawet całkiem nieźle mięśniowo. Trzymaliśmy tempo 3:03-3:04/km do 25km i potem się zaczęły schody. Skręciliśmy w teren pod wiatr i mój pacemaker osłabł, a 26km przebiegliśmy w 3:12 po czym zszedł z trasy. Zaczęła się dla mnie droga przez mękę. Było mocno pod wiatr i zostałem sam na trasie, kolejne kilometry przebiegłem 3:06 i 3:08, ale wysiłek jaki musiałem w to włożyć pod wiatr był ogromny. Zacząłem spłacać dług za zbyt szybki początek oraz samotną walkę z wiatrem. Kolejne kilometry mnie dobiły psychicznie, bo przebiegłem je w 3:17, 3:12, 3:14, 3:12 i podbieg pod ulicę Tamka w całe 3:25. Cierpiałem zarówno fizycznie jak i psychicznie, bo mój wynik i minimum na IO się oddalały, a wszystko przez nieprawidłowo prowadzony bieg i samotną walkę z wiatrem od 25km do 33km. Po Tamce wiał wiatr boczny i momentami było z wiatrem na Krakowskim przedmieściu i tam się starałem wrócić do lepszego tempa. Zanotowałem kolejne kilometry w czasie 3:12, 3:08, 3:09, 3:11 i na 37km wbiegłem znowu pod czołowy wiatr w kierunku stadionu narodowego.

     W tym momencie walka o wynik się dla mnie skończyła, a zaczęła się walka o przetrwanie i zdobycie tytułu MP. Wiedziałem, że do minimum zabraknie, ale nie miałem zamiaru się poddawać. Ja musiałem biec sam od 25km walcząc mocno z wiatrem, a moi rywale za mną biegli w grupie wzajemnie się napędzając i bez takiego ryzyka, które musiałem podjąć. Zaczęli spokojniej i bezpieczniej i zaczęli się do mnie zbliżać. 38km mijam w 3:19, myślę sobie “masakra”, tak biegam longi w Wejherowie. 39km pokonuję w 3:22 i wygięty od wiatru. Nogi mnie pieką, czwórki mam już zmasakrowane. 40km w 3:20, a wiem to tylko z odczytów z zegarka po maratonie, bo już nawet nie kontaktowałem, aby patrzeć na międzyczasy w trakcie biegu. Liczyło się tylko to, aby zachować kadencję biegu i przesuwać się względnie w przód. 41km 3:24, a było płasko, więc praktycznie tyle ile wbiegałem na Tamkę 🙂 Sztywne całe ciało, nogi mi się uginają przez zniszczone czworogłowe uda, ale walczę o utrzymanie pozycji i prędkości, bo widzę kątem oka kolorowe koszulki za mną, a szczerze to wolałbym w tej sytuacji widzieć pustą ulicę 🙂 Ostatnie 500m biegu zapamiętam na długo, nie wiem, czy kiedykolwiek się tak czułem. Dosłownie z sekundy na sekundę traciłem kontrolę nad ciałem, a w głowie miałem tylko jedno słowo “musisz”, no dobra może dwa słowa “kur..musisz”. Na 200m do mety się potknąłem o własne nogi i wyglądało to tak, jakbym miał się wywrócić. Znacie to uczucie jak na finiszu sprinterskim ostatnie 20-30m uginają się Wam nogi i ledwo wpadacie na metę po czym tracicie równowagę i upadacie? To wydaję mi się, że taki stan miałem na ostatnich 400m do mety i to była dla mnie wieczność. Wbiegając na metę nie wiedziałem do końca jaki wynik pobiegłem, wiedziałem tylko, że nie jest to minimum. Nie wiedzieć czemu poczułem ulgę, że wygrałem chociaż te Mistrzostwa Polski i nie przegrałem z innym Polakiem.

     Na mecie miałem zmasakrowane nogi, a pisząc dosłownie same czworogłowe. Łydki i dwójki były w zadowalającym stanie, ale czwórki całkiem mi wyłączyło i przez godzinę po biegu ledwo chodziłem. Sam nie wiem, jak ocenić swoje uczucia bezpośrednio po starcie. Byłem zmęczony i miałem w sobie taką pustkę, bo z jednej strony czułem ulgę, że to już po, a z drugiej smutek, że nie mam tego minimum i dalej będzie mnie to męczyć w kolejnych miesiącach. Medal mnie mało cieszył, a bardziej była to jak wspomniałem wyżej ulga z potwierdzenia swojej dominacji w Polsce. Przyznam szczerze, że stałe udowadnianie przez tyle lat swojej dominacji nad rywalami jest naprawdę męczące. Psychicznie i fizycznie, bo z perspektywy zawodnika wygląda to tak, że jak wygram to przecież to normalne, tak miało być, a jak przegram to są hasła, że chyba w końcu Chabowski się skończył hehe. Choć muszę przyznać, że im starszy jestem, tym więcej czerpię z taktyki Rogera Federera, który mawia ” jak wygrywam to czytam o sobie, a jak przegrywam to nie czytam” 🙂

     Kończąc mój wywód na temat maratonu to słowem podsumowania muszę stwierdzić, że na tą trasę, pogodę i scenariusz biegu to pobiegłem solidnie. Nie słabo, ale też nie superancko. W wywiadach przed startowych wspominałem, że może nie jestem w życiowej formie, ale jestem solidnie przygotowany. Myślę, że gdyby okoliczności na trasie potoczyły się inaczej, to stać mnie było na wynik w granicach 2:11:15-2:12:00. Cieszę się, że od 17 miesięcy nie mam kontuzji, trenuję, a nawet mam aspirację na kolejne życiówki. Po krótkim wypoczynku będzie czas na to, aby się odmulić i nabrać większych prędkości, żeby powalczyć o wyniki w półmaratonie i na 10km. Chciałbym także podziękować swoim partnerom za pomoc w przygotowaniach do sezonu: Firmie TORK POLSKA za wsparcie w finansowaniu odnowy biologicznej, Skoda Plichta za najlepszy komfort w moich podróżach skodziną oraz Factory MED za profesjonalną opiekę fizjoterapęutyczną. Na sam koniec nie mogę nie wspomnieć o WAS. Bardzo dziękuję wszystkim za doping na trasie i za wiele miłych komentarzy po biegu. To naprawdę jest ogromne mentalne wsparcie z waszej strony, żebym się jeszcze nie poddawał i dalej walczył o wysokie cele. Cieszę się też, że sam jestem dla WAS inspiracją i mogę być dla wielu motorem napędowym do podjęcia walki o swoje marzenia i realizację własnych celów.

Do następnego. Piona

PS.

Damianku dziękuję za to, że byłeś moim service manem i dbałeś o mnie na całej trasie. Lepszego nie mogłem mieć 🙂