Mistrzostwa Polski 10km – Część II

część II

Od samego początku ruszam bez kalkulacji i biegnę mocno. Dominik to “mój” bieg, ciężka trasa nie wybacza nieprzygotowania. Lubię ten bieg, bo wiem, że trudy tej trasy wytrzymują tylko mocne charaktery. Pierwszy kilometr mijam w czasie 2:50/km. Na moich plecach dwóch Polaków: Tomek Grycko i Szymon Kulka. Dokładnie takiego scenariusza się spodziewałem. Prowadzę mocno całą grupę, mijamy drugi kilometr i międzyczas wynosi 2:54. Trener Tomka krzyczy w euforii, że jest dobrze i ma mnie tylko trzymać. Ten okrzyk działa na mnie trochę jak płachta na byka i na trzecim okrążeniu, a dokładnie na zbiegu ulicą Długą dociskam śrubę i urywam się grupie. Pościg za mną podejmuje Kenijczyk. Trzeci kilometr minimalnie szybciej od drugiego, czyli 2:53. Ewidentnie poczułem mój atak w nogach i tempo czwartego kilometra spadło na 2:56.

W tym momencie inicjatywę przejmuje Kenijczyk i próbuje mnie zgubić. Staram się do tego nie dopuścić i mam minimalną stratę około 5 metrów. Cierpię cały 5 kilometr, ale trzymam jego plecy. Połowę dystansu mijamy z czasem 14:25, czyli idealnie tyle ile zakładałem przed biegiem. Niestety na zbiegu nie jestem w stanie utrzymać wysokiej kadencji i moja moc spada, a Kenijczyk odskakuje mi na 15-20m. Od 6 kilometra już nie monitoruję kolejnych międzyczasów, a staram się jeszcze powalczyć i dojść do prowadzącego Kenijczyka. Niestety między 6 a 8 kilometrem biega mi się zdecydowanie najgorzej, mam ciężkie ręce i nogi, ewidentnie kwas mlekowy mnie zalał i organizm ma problem z jego utylizacją. Moja strata do prowadzącego wynosi około 30-40 metrów. W tym momencie już wiem, że tego dnia nie wygram biegu. Odwracam się na prostej i wypatruję rywali podążających za mną. Nikogo nie widzę, więc postanawiam po prostu dobiec do mety, już bez większego kosztu dla organizmu. Ostatnie 2 kilometry są najwolniejsze z całego biegu. Na ostatniej prostej przyśpieszam jeszcze trochę, aby sprawdzić samego siebie, czy jestem w stanie zwiększyć rytm i zafiniszować ostatnią dwusetkę. Mijam metę z czasem 29:10, choć w wynikach końcowych widnieje 29:14.

Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy jest taka, że to całkiem przyzwoity wynik. Spodziewałem się takiego czasu, ale chciałbym biegać zdecydowanie szybciej, czyli mijać linię mety jakieś 20 sekund wcześniej. Odwracam się za siebie, ku mojemu zaskoczeniu na metę wbiega na drugim miejscu stary biegowy wyjadacz Artur Kozłowski. Cieszę się z tego, ponieważ z Arturem znamy się od wielu lat, wygrałem u niego na weselu konkurs w trakcie oczepin hehe. Stare wilki utarły nosy młodym wilczkom : )

Razem udzielamy pierwszych wywiadów, choć czuję się nieswojo. W głowie kłębią mi się myśli, co muszę robić i jak trenować, aby na tej ciężkiej trasie łamać 29 minut. Powinienem się cieszyć z kolejnego tytułu Mistrza Polski, jednak od kilku lat prezentuję na tej trasie podobny poziom. Z jednej strony wiem, że przygotowania były bardzo krótkie i powinienem być zadowolony, z drugiej jednak chciałbym wygrywać te biegi z lepszymi czasami. Oczywiście trzeba sobie jasno powiedzieć, że na tej trasie mój wynik można skorelować z wynikiem około 28:50 na trasie, która bardziej predysponuje do szybkiego ściągania. Niemniej jednak jest to ulubione w sporcie gdybanie ; ). Ile razy słyszymy: gdyby trasa była inna, gdyby pogoda była lepsza, gdybym miał więcej czasu i więcej zdrowia etc.

Po biegu pierwszy raz w historii moich startów w Gdańsku idę lekko wytruchtać 2 kilometry. Znaczy to tyle, że mięśniowo dobrze odczułem wyścig. Nie mam zniszczonych nóg, mam chęć pogibać się z Arturem i wymienić się poglądami o tym, co właśnie stało się już historią. Biegniemy swobodnie i rozmawiamy. Gadamy o tym, co nas czeka w przygotowaniach do maratonu i jakie mamy plany na trening. Na wiele kwestii mamy zbliżone poglądy, a w niektórych tematach diametralnie się różnimy.

Wracając do biegu to moim zdaniem tytuł Mistrza Polski już nic nie znaczy i został zdeprecjonowany. Nie masz dzięki temu absolutnie żadnych korzyści, czy to szkoleniowych, czy finansowych. Relacji w mediach z tych eventów brak lub są mikroskopijne i śledzone tylko przez bardzo wąskie grono kibiców. Poziom wielu konkurencji biegowych jest bardzo niski. Nie dziwi mnie to, choć nie będę rozwijał teraz tego tematu. Chcę tylko napisać, że wielu utytułowanym zawodnikom ciężko jest utrzymać wysoki poziom motywacji, a ci starsi jak ja, czują się już powoli wypaleni. Ja osobiście już nawet sam nie wiem, ile tych medali w karierze zdobyłem, przecież i tak już nikt o tym nie mówi i nikogo to po chwili nie interesuje. Kurz po zawodach opada bardzo szybko. Decydenci nie są zainteresowani szkoleniem biegów długich, więc poziom z roku na rok będzie niższy. To pewne, bo po nas została już tylko spalona ziemia. Nie ma młodych zawodników na horyzoncie, przynajmniej ja ich nie widzę, może patrzę nie w tym kierunku?

Podsumowując ten wpis odniosę się trochę do statystyk. Na 5 startów w ulicznych Mistrzostwach Polski zdobyłem 5 tytułów mistrzowskich. Od 2011 roku nie ma Polaka, który osiągnął lepszy czas ode mnie na dystansie 10000m i na dystansie półmaratonu. Sam nie wiem, czy jest to powód do dumy i euforii, czy raczej temat do refleksji? Wiem natomiast jedno – mam ochotę na więcej! Będę próbował biegać lepiej, choć w polskich warunkach szkoleniowych jest to nie lada wyzwaniem. Mam nadzieję, że w chwilach porażek i zwątpienia będę miał w was oparcie, bo takie chwile niewątpliwie nadejdą. Choćby dlatego, że winter is coming :  )

 

UDOSTĘPNIJ: